czwartek, 29 stycznia 2015

Wielcy według Rycha

Jest wielu wielkich fotografów, tak jak było wielkich malarzy (choć o nich o wiele więcej się mówi). Mimo, że wielu z nich już nie żyje, to wciąż są inspiracją i swego rodzaju mentorami dla kolejnych pokoleń fotografów.

Nie twierdzę, że Ci, o których powiem są największymi. Są jednak ważnymi dla mnie twórcami i wciąż uczę się od nich. Wciąż pokazują, jak długa droga przede mną - i w fotografii i w życiu.

Garry Winogrand

Garry Winogrand był amerykańskim fotografem, jednym z przedstawicielu nurtu fotografii ulicznej. Fotografował życie na ulicach  Nowego Jorku, ale nie ograniczał się tylko do swojego rodzinnego miasta. Uznany został za jednego z najwybitniejszych fotografów swojej epoki.

http://c300221.r21.cf1.rackcdn.com/garry-winogrand1928-1984-1352050568_org.jpeg
http://c300221.r21.cf1.rackcdn.com/garry-winogrand1928-1984-1352050568_org.jpeg
Sam Winogrand nie lubił określenia fotografów uliczny i sam siebie zwał fotografem. Prowadził również warsztaty w czasie których uczył sztuki fotografowania zwykłego życia i przedstawiania go w niecodzienny sposób.

Muszę przyznać, że Winogrand jest najlepszym przykładem fotografa, który był w centrum wydarzeń. Większość swoich prac wykonywał obiektywami o ogniskowych 28mm i 35mm, co zmuszało go do pochodzenia naprawdę blisko, do obcowania ze swoim "tematem".

http://erickimphotography.com/blog/wp-content/uploads/2012/08/garry-winogrand-monkeys.png
Jedna z najbardziej znanych fotografii Garry'ego Winogranda http://erickimphotography.com/blog/wp-content/uploads/2012/08/garry-winogrand-monkeys.png

Winogrand zapytany kiedyś, czy nie szkoda mu kadrów, które omijają go, gdy zmienia film (miał ich ogromny przerób). Odparł jedynie "Gdy zmieniam film to nie ma kadrów". To bardzo istotna rzecz. W fotografii ulicznej bardzo dużo zależy od szczęścia, od ludzi, często trzeba robić klatkę za klatką, by któraś z nich wyszła perfekcyjnie (nie kontrolujemy wszak gestów innych osób). Winogrand przypomniał o tym, że mimo wszystko to fotograf jest odpowiedzialny za nadanie fotografii ram. Bez jego działania nie powstanie zdjęcie.

Kolejną istotną rzeczą, której się od niego nauczyłem jest samokrytyka. Dla większości ludzi zdjęcia mają charakter osobisty i nie przywiązują się oni do ich technicznego czy artystycznego efektu. Lekko poruszone zdjęcie pierwszych kroków dziecka będzie bardziej dla nich wyjątkowe, niż fotografia, która zdobyła nagrodę Pulitzera. Podobnie jak zdjęcia wykonane w czasie pierwszej podróży za granicę.

Winogrand miejscami specjalnie czekał rok albo dwa zanim wywołał film, by przestać kojarzyć te fotografie z tym, co go spotkało danego dnia. Pozwalało mu to bardziej krytycznie spojrzeć na ujęcia i wybrać naprawdę te najlepsze, które broniły się same. Nie po opowiedzeniu, jak dobry był burger, którego jadł tamtego dnia.

Zostawił po sobie setki tysięcy fotografii. Tysiące klisz przez niego naświetlonych wciąż czeka na wywołanie.

Robert Capa

Uznany za najwybitniejszego fotografa wojennego wszechczasów. Współtwórca agencji Magnum. Zginął wchodząc na minę w czasie I Wojny Indochińskiej. Sfotografował lądowanie w Normandii, Wojnę w Hiszpanii i inne konflikty.

http://whyart.pl/wp-content/uploads/2014/03/Robert-Capa-4.jpg
http://whyart.pl/wp-content/uploads/2014/03/Robert-Capa-4.jpg
Patrząc na jego fotografie człowiek odnosi wrażenie, że nie bał się śmierci. Ilu z Nas byłoby na tyle odważnych by odwrócić się plecami do gniazd karabinów maszynowych, siejących spustoszenie pośród desantujących żołnierzy? Ilu maszerowałoby ramię w ramię z żołnierzami, wiedząc, że za chwilę może wejść na minę? Ilu miałoby w sobie tyle determinacji by chwilę przed śmiercią wciąż robić zdjęcia, dopóki starczy sił do naciśnięcia spustu migawki? Niewielu.

A on taki był. Musiał. Sam z siebie. Był fotografem wojennym. Można wyciągnąć wilka z lasu, ale lasu z wilka nie wyciągniesz. Walczył również o większe prawa do zdjęć wykonanych przez fotografów prasowych. Dzięki niemu między innymi Copywrith jest rzeczą świętą.

Jego fotografie porażają. Człowiek widzi na nich nie tylko scenę, ale i fotografa, który tam był. Ta myśl paraliżuje. Paraliżuje wyobrażenie świstu kul, krzyków umierających i huków wybuchów. "Jeśli twoje zdjęcie nie jest wystarczająco dobre, to znaczy, że nie podszedłeś wystarczająco blisko".


http://www.magnumphotos.com/CorexDoc/MAG/Media/Home1/b/9/b/2/PAR115311.jpg
Moment śmierci uchwycony na zdjęciu. http://www.magnumphotos.com/CorexDoc/MAG/Media/Home1/b/9/b/2/PAR115311.jpg
 Robert Capa powiedział kiedyś, że największym marzeniem fotografa wojennego jest bezrobocie. Mimo ponad 60 lat od dnia jego śmierci nie zanosi się na to, by zabrakło dla nich pracy.

Helmut Newton

Najbardziej znany fotograf aktów. Fotografował dla Vogue'a, Playboy'a i innych wielkich czasopism. Znanym z niemalże "tresowania" modelek i wykonania wielu fotografii, które stały się ikonami.

Kobiety na jego zdjęciach nie były słabe. Były groźne. Gotowe rozszarpać Ci gardło, a potem zaśmiać się widząc jak konasz. Nawet na zdjęciu kobiety z siodłem na plecach widać kto rządzi w tej sypialni.

http://kulturawplot.pl/wp-content/uploads/2014/10/19.HELMUT-NEWTON-.jpg
http://kulturawplot.pl/wp-content/uploads/2014/10/19.HELMUT-NEWTON-.jpg

 Powyższe zdjęcie przedstawia samego Newtona i jego żonę (siedzącą na krześle). To chyba fotografia, która zrobiła na mnie największe wrażenie. Chodzi o żonę - nie wkurza się, nie robi awantury. Jej wzrok mówi raczej "Suuuuper. Znowu goła baba. Serial mnie ominie". Dla fotografa aktu modelka nie różni się bardzo od widoku gór, dla fotografa krajobrazu. Trzeba umieć odróżnić życie zawodowe od prywatnego. Po tym poznaje się profesjonalistę - chyba, że jesteś Arakim - wtedy sypianie z modelkami jest wręcz wymagane! Do tego jednak warto być Japończykiem (z całym szacunkiem dla mieszkańców tego wspaniałego kraju!).

Kiedyś powiedziałem, że najbardziej lubię akt i fotoreporterkę wojenną (w rozmowie z pewnym byłym zawodowym fotografem, który stwierdził "Patryk, to się dogadamy", gdyż sam zajmował się tymi gatunkami). Koleżanki, którym robiłem kiedyś sesję sprezentowały mi album. Z dedykacją "Obyś nie musiał się brać za fotografię wojenną". Może nie będzie takiej potrzeby.

Bang Bang Club

Bang Bang Club tworzyło czterech fotografów: Greg Marinovich, Kevin Carter Joao Silva oraz Ken Oosterbroek. Greg i Joao wciąż żyją (parę lat temu Silva wszedł na minę w Afganistanie i stracił obie nogi - chwilę po wybuchu wciąż robił zdjęcia. Oosterbroek zginął od kuli w czasie strzelaniny parę miesięcy przed wyborami w RPA, zaś Carter wkrótce po jego śmierci popełnił samobójstwo

Najbardziej znani są z fotografowania upadku apartheidu w RPA, który uwieczniło wybranie Nelsona Mandeli na prezydenta. O każdym z nich można mówić oddzielnie dużo i długo. Kogo bardziej interesuje temat tej czwórki polecam książkę "Bractwo Bang Bang - migawki z ukrytej wojny" (świetna książka opisująca nie tylko ich pracę, ale również przybliżająca obraz społeczeństwa RPA przed wyborem Mandeli na prezydenta. Autorami są Marinovich i Silva. Nakręcono też film na jej podstawie). Każdy z nich był lub jest utytułowanym fotografem, zdobywcą wielu prestiżowych nagród. Każdy pozostawił po sobie przynajmniej jedno zdjęcie, które zatrzęsło światem.

Najbardziej znanym przykładem jest wykonane przez Cartera zdjęcia dziewczynki i sępa z Sudanu. Wybrał się tam z Silvą mając nadzieję na poprawę swojej sytuacji materialnej. Carter był uzależniony od narkotyków i miał problemy z dziewczyną, z którą miał córkę. Chciał za wszelką cenę naprawić wszystko.

http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/b/b8/Kevin-Carter-Child-Vulture-Sudan.jpg
Za to zdjęcie Kevin Carter zdobył nagrodę Pulitzera. http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/b/b8/Kevin-Carter-Child-Vulture-Sudan.jpg
Powyższe zdjęcie wywołało prawdziwą burzę. Świat otworzył oczy na klęskę głodu w Sudanie. Było również impulsem do wznowienia dyskusji o roli fotoreporterów. Czy mają być obojętni na ból i cierpienie?

Coś Wam powiem od siebie. Wkurza mnie, kiedy ktoś wymądrza się na temat, o którym nie ma prawa pisnąć choćby słowa. Nie zrozumcie mnie źle. Denerwuje mnie po prostu, kiedy ktoś mówi co zrobić w takiej, a takiej sytuacji, choć nigdy w niej nie był. A Cartera zaszczuli. Banda pismaków, którzy nosa nie wyściubili zza swojej redakcji wymądrzała się co powinien zrobić Carter. Ładnie ubrane panie z wieczornego programu słały gromy na fotografa. Słowa ode mnie: Przez parę lat niech Wasz dzień składa się praktycznie tylko z widoku ludzi ginących od maczet, płonących naszyjników z opon, kamieni itp. Niech Was wywalą z pracy za narkotyki (nie popieram ćpania w żaden sposób), nie miejcie kasy, Wasz partner, z którym macie dziecko, które jest Waszym oczkiem w głowie nie chce Was znać, a Wy zapożyczacie się u kumpli na wyjazd i robicie zdjęcie, które może odmienić Wasz los. Teraz się przejmujcie, tak, jak nakazywali Carterowi pseudodziennikarze. Dalej tacy wspaniali?

Dobra, coś weselszego. Silva generalnie też się irytował jak ja. A ponadto jeździł w wyścigach samochodowych!

Ich przykład pokazuje jedną rzecz na pewno. Ludzie "normalni" ich nie rozumieli. Nie rozumieli ich "przyzwyczajenia". Nie rozumieli ich obojętności na kolejne trupy, kolejne kałuże krwi. Człowiek jednak do wszystkie się może przyzwyczaić - nawet do widoku śmierci.

Henri Cartier Bresson

Kolejny na liście przedstawiciel nurtu fotografii ulicznej. Właściwie jej ojciec. Współtwórcza agencji Magnum. Podobnie jak Winogrand, Capa, i Carter używał aparatów markii Leica. Twórca pojęcia "decydujący moment". W przeciwieństwie do Winogranda, wolał trzymać się na dystans. Nie wchodził w scenę. Chciał pozostać ukryty. Malowal swoje aparaty na czarno by były mniej widoczne. Używał obiektywu 50mm, twierdząc, że pozwala bardziej wybiórczo kadrować niż używając obiektywu 35mm i trzymać się na większy dystans.

http://totallyhistory.com/wp-content/uploads/2013/06/Henri-Cartier-Bresson.jpg
http://totallyhistory.com/wp-content/uploads/2013/06/Henri-Cartier-Bresson.jpg
Wciąż niedościgniony. Wciąż wzór. Wciąż największa inspiracja dla wielu fotografów ulicznych.

http://momart.org.pl/wp-content/uploads/2014/11/henri-cartier-bresson2.jpg
To jest podręcznikowy przykłąd "decydującego momentu". http://momart.org.pl/wp-content/uploads/2014/11/henri-cartier-bresson2.jpg

Nobuyoshi Araki

Uwielbiam Japonię. Uwielbiam ten język, kulturę oraz fakt, że w Tokio jest mnóstwo sklepów, które specjalizują się w używanym sprzęcie analogowym. Arakiego też uwielbiam. Wielki fotograf, który obecnie zmaga się z rakiem prostaty. Najbardziej znany z przedstawiania na zdjęciach skrępowanych modelek (Kinbaku - japońska sztuka krępowania, dawniej więźniów, obecnie w celach seksualnych).

https://absurdandobscure.files.wordpress.com/2008/02/araki.jpg
https://absurdandobscure.files.wordpress.com/2008/02/araki.jpg
W swoich fotografiach prócz z ludzką seksualnością mierzy się z tematem śmierci (fotografie kwiatów z zaschniętymi jaszczurkami). Śmierć żony była dla niego niezwykle traumatycznym przeżyciem i praktycznie porzucił fotografię. W przejściu tego trudnego okresu pomógł mu... kot jego byłej żony, który przeżył ją o ładnych parę lat. Araki nie boi się eksperymentować - płynnie przechodzi z Leici do Polaroidów, a z nich do upiększania swoich odbitek pociągnięciami pędzla (na przełomie listopada i grudnia 2014 można było podziwiać jego prace w Leica Gallery w Warszawie). Mówi, że spał ze wszystkimi swoimi modelkami (fotografował m.in. Lady Gagę - hmmmmmmm dobry dziadek).

http://strangelove.com.au/wp-content/uploads/2013/02/araki.png
Kinbaku w pracy Arakiego. http://strangelove.com.au/wp-content/uploads/2013/02/araki.png
Jego kobiety są inne niż u Newtona. Nie są zazwyczaj ufryzowanymi modelkami, których każdy szczegół jest dopracowany w najmniejszym stopniu. Często to po prostu "codzienne" kobiety z których zdjęto ubranie. Między innymi to czyni jego prace wyjątkowymi. Przyznaję, ich estetyka nie każdemu się spodoba. Niektórym wydadzą się one obrzydliwe. Jednak Araki dobitnie pokazuje jedną rzecz: Człowiekiem jestem i nic co ludzkie nie jest mi obce.

Oczywiście nie powiedziałem o nich wszystkiego. O niektórych z nich powiedziałem naprawdę mało, niemal napomknąłem. Warto moim skromnym zdaniem choć odrobinę znać powyższe osobistości. Zachęcam do poszukania, do poczytania. Śledźcie co się dzieje w galeriach. Może fotografie jednego z nich zawitają do nich niedługo? Oglądajcie ich prace (najlepiej w albumach!). To wiele daje. Prócz samodzielnego robienia zdjęć, podziwianie prac wielkich jest równie istotnym elementem fotograficznej edukacji.

Rych
 





czwartek, 22 stycznia 2015

Małe cele - wielkie kroki

Ok, znowu przerwa okazała się być dłuższa niż powinna. Bart zaginął mi gdzieś w akcji i nie pali się do pisania, zaś ja od stukotu klawiatury mam popękane bębenki. Na szczęście moje nemezis - szumnie zwane pracą inżynierską zaczyna dogorywać, a ja wyszedłem z odmętów laboratorium.


Po drodze pożegnaliśmy stary 2014 rok, a powitaliśmy nowy - 2015. Jak wiadomo ze zmianą kalendarza pojawiają się noworoczne postanowienia, które zazwyczaj po tygodniu przenoszone są na rok następny.

By nie pozostać w tyle również skrupulatnie przygotowałem sobie parę postanowień, a nawet drobnych planów, które w tym roku chciałbym zrealizować, a wszystkie po to, aby 31 grudnia b.r móc z czystym sumieniem powiedzieć sobie, że rozwinąłem się fotograficznie.

Słowem ogólnym

Zanim przystąpię do wymieniania co sam postanowiłem zrobić, powiem jak zabrałem się do określenia co chcę zrobić. Generalnie zasady te stosuję nie tylko w fotograficznej części swojego życia i w moim przypadku one naprawdę działają.
1. Rachunek sumienia

Innymi słowy trzeba określić co wymaga poprawy. Stwierdzenia typu "wszystko" lub "robię za słabe zdjęcia" do niczego nie prowadzą. O wiele lepiej sprawdza się metoda małych i konkretnych celów, niż wielkich i ogólnych. Dopiero stwierdzenie typu "mam problem z ekspozycją w słabym świetle" stanowi punkt wyjścia i pozwala nam opracowanie rozwiązania tego problemu.

2. Konkretny plan

No właśnie. Wiemy już co chcemy poprawić, a teraz musimy określić jak to zrobić. Generalnie określenie konkretnego planu działania będzie uzależnione od poprawianego aspektu. Pozostając przy przykładzie ekspozycji w słabym świetle wypadałoby trochę więcej uwagi poświęcić teorii i być bardziej świadomym wpływu ilości światła na parametry ekspozycji, ale już chęć poprawienia wyników pary film + wywoływacz wymagać będzie innego zabiegu. Najważniejsze to jednak wiedzieć kiedy będziemy mogli powiedzieć, że osiągnęliśmy cel! Innymi słowy trzeba określić sobie rezultat końcowy do jakiego dążymy .

3. Sumienność

Bez tego ani rusz! Tylko konsekwentne dążenie do celu pozwoli na realizację planu!

O sobie samym

Dobra, obiecałem, że powiedzielę się z Wami swoimi postanowieniami. Wszystkie one wpisują się w zasadę małości i konkretności .

1. Poprawić zdolności "czytania światła": generalnie robienie zdjęć bez światłomierza jest w dzisiejszych czasach uznawane za sztukę z pogranicza czarnej magii. W swojej podstawie jest dość proste i już wielokrotnie korzystałem z zasady słonecznej 16. Chciałbym jednak lepiej określać parametry ekspozycji w kontrastowych scenach i w cieniach. Pozwoli mi to na szybsze wykonywanie zdjęć aparatami manualnymi i pozwoli na lepsze wykorzystanie aparatów bez wewnętrznego pomiaru światła (w tym jednego, na którym szczególnie mi zależy). Tutaj jest jedna droga: wybrać parę film + wywoływacz, poznać na pamięć teorię, zastosować w praktyce - zapisując parametry dla każdej klatki w notatniku (można dodać opis sytuacji świetlnej), a po wywołaniu i skanowaniu ocenić, o ile się prześwietliło lub nie. Kiedy uznam, że się cel osiągnęło - kiedy  na kliszy otrzymam 36 poprawnie naświetlonych klatek, gdzie przy żadnej nie użyłem światłomierza.

2. Mieć aparat zawsze przy sobie: zawsze miałem z tym problem. Nie zawsze mam możliwość spakowania wszystkiego co mi potrzebne do torby, a nie uśmiecha mi się noszenie dwóch. Jeszcze bardziej nie uśmiecha mi się wrzucenie cennego sprzętu do zwykłej torby bez protektorów. Dlatego postanowiłem zainwestować w mały kliszowy kompakt, który nie będzie drogi i nawet w niewielkim futerale nie będzie zajmował dużo miejsca w torbie. Jakiś czas temu kupiłem sobie Olympusa XA2 i bez niego nie ruszam się z domu!

3. Przestać się chować przed ludźmi: miałem z tym problem, bo generalnie zawsze jak wychodziłem na street'a to nawiedzały mnie myśli typu gonić mnie będą, zabiją, pobiją i zgwałcą bo zdjęcia robię. Koniec końców inwestowałem w krótkie teleobiektywy i strzelałem zza winkla jak rasowy paparazzi. Cała zabawa i przyjemność fotografii ulicznej płynąca z bycia w centrum wydarzeń mnie omijała. Dlatego zrezygnowałem z zabierania obiektywów dłuższych niż 50mm i przyjąłem postawę "uśmiechniętej, niegroźnej ciapy" (dzięki temu ludzie nie uważają bym był zdolnym sam zawiązać sobie buty, a co dopiero zrobić zdjęcie im zagrażające). W tym roku postanowiłem korzystać praktycznie tylko z ogniskowej 35mm, co zmusi mnie do podchodzenia jeszcze bliżej. Kiedy osiągnę cel? Kiedy robienie zdjęć obcemu człowiekowi (bez jego wcześniejszej zgody) z odległości 2 metrów będzie dla mnie równie naturalne, co wiązanie sznurówek.

4. Zwiększenie szybkości: w osiągnięciu tego celu pomoże mi uniezależnienie się od światłomierza i polepszenie zdolności "ostrzenia strefowego". Dzięki temu będę mogł ułamek sekundy po podniesieniu aparatu do oka wykonać poprawne technicznie zdjęcie, a więc ostre i dobrze naświetlone, a patrzenie przez wizjer poświęcę tylko na kadrowanie. Cel osiągnę, gdy korzystając z aparatu manualnego nie będę znacząco wolniejszy od autokompakta.

I to by było tyle jeśli chodzi o moje postanowienia noworoczne. Oczywiście wszystko po to by robić lepsze zdjęcia, a mam nadzieję, że przez osiągnięcie tych małych celów poczynię wielkie kroki. Bo to tak jest. O wiele lepiej jest założyć sobie konkretny cel, który pomoże nam w zrealizowaniu wielkiego ogólnego planu. Znacznie łatwiej dotrzymać postanowienia, kiedy po prostu powiemy sobie "chcę schudnąć 5 kilo", niż gdy stwierdzimy "zacznę chodzić na siłownię i będę bardziej fit". Koniec końców będziesz chodzić na siłownię i będziesz bardziej fit, a wszystko po to by schudnąć te 5 kilo.

Rych

sobota, 27 grudnia 2014

Nie taki analog drogi, jak na mieście gadają

Ostatnio powiedziałem, dlaczego amator nie potrzebuje aparatu cyfrowego. Parę razy wspomniałem tam o kosztach zarówno robienia zdjęć na kliszy, jak i robienia cyfrą. O ile dzisiaj większość ludzi jest w stanie wyobrazić sobie ile kosztuje aparat cyfrowy, to niewiele osób ma pojęcie ile tak naprawdę kosztuje fotografia analogowa. Zatem, co, jak i za ile?

Kwestia pełnej klatki i jakości

Mówiąc o pełnoklatkowym aparacie cyfrowym, będziemy mieli na myśli aparat, którego matryca ma rozmiar klatki filmu małoobrazkowego, czyli 24x36mm. Rozmiar matrycy, podobnie jak wielkość klatki na filmie, ma wpływ na rozdzielczość zdjęcia, odwzorowanie szczegółów. Jakość samej matrycy i systemu w aparacie będzie również miała wpływ na wygląd zdjęcia np. na wysokich czułościach ISO (kwestia szumów).

Większość konsumenckich aparatów cyfrowych jest sto lat za rdzennymi mieszkańcami Afryki, zarówno pod względem rozdzielczości, przejść tonalnych, wyglądu fotografii na wysokiej czułości i kolorystyki, w stosunku do fotografii tradycyjnej.

Pełnoklatkowe aparaty cyfrowe zbliżają się, ale wciąż mają przed sobą długą i kosztowną drogę do pokonania, aby dorównać nawet zwykłym negatywom kolorowym. Dorównanie materiałom odwracalnym to jeszcze dłuższa droga.

Zatem prosty aparat analogowy, wyposażony w dobry pomiar światła i załadowany slajdem, może dać efekt lepszy od kosztującego nawet 100 razy więcej aparatu cyfrowego (a to zależy głównie od rąk go obsługujących)!

Konsumenckie aparaty cyfrowe są ponadto o wiele słabiej wykonane, niż sprzęt profesjonalny, a zastosowana w nich optyka jest po prostu słaba. Małe, elektroniczne coraz częściej wizjery, plastikowe korpusy i ciemne obiektywy. To wszystko co jest w stanie dostać przeciętny Kowalski idąc do marketu z elektroniką, czy kupując na portalu aukcyjnym sprzęt w promocji. A porównywanie przeciętnego Pentaxa Spotmatica do Nikona D3100, jest jak porównywanie Porsche 911 do Opla Corsy!

Jedyną rzeczą jaką wygrywa cyfra jest możliwość robienia tanio dużej ilości zdjęć. Pisałem jednak ostatnio, że dla przeciętnego człowieka powinno to być na drugim miejscu.

Czyli za ile?

Usiądźmy zatem do stołu, weźmy kartkę i policzmy

Aparat: koszt 0-koszt dobrego samochodu

Aparat analogowy możemy znaleźć w szafie, szufladzie i wtedy płacimy za niego nic. Podstawowa lustrzanka manualna na gwint M42 to koszt 100-200 zł. Za obiektyw do niej zapłacimy od 50-2000 zł (góra za pewne rzadkie wersje). Nikon F2 to koszt około 1000 zł, F100 również. Za Leicę MP z salonu plus obiektyw Noctilux zapłacimy około 60 000 zł! Bezpiecznie zatem przyjąć, że za zestaw na początek przyjdzie nam zapłacić około 300 zł.

Sprzęt ciemniowy: 0-300 zł

Fotografia analogowa ma największy sens kiedy sami wywołujemy film. Nie tylko pozwala nam to oszczędzić pieniądze, ale daje również pełną kontrolę nad efektem końcowym. Wbrew pozorom wywoływanie negatywu czarno-białego nie jest sztuką magiczną, wymagającą potężnej wiedzy tajemnej, by otrzymać zadowalające rezultaty (perfekcyjne już bardziej!). Kolor jest bardziej problematyczny, ale przy odrobienie samozaparcia i przygotowania również można wywołać go w łazience. Za cały potrzebny ekwipunek (w tym podstawowa chemia) zapłacimy około 300 złotych (jak nie mniej!). Kilka rzeczy ponadto mamy na pewno już w kuchni, a wiele sprzętów leży po piwnicach znajomych. Wystarczy popytać.

Skaner do negatywów: ok. 1000 zł

Tanie skanery przesuwowe nie pozwolą nawet w małym ułamku wyciągnąć pełni jakości z naszej kliszy. Za średniej jakości skaner płaski zapłacimy właśnie około 1000 zł. Króluje tutaj Epson V600 i V550 (pozwolą również na wygodne skanowanie średniego formatu). Najlepsze efekty uzyskalibyśmy na skanerze bębnowym, ale nie tylko są to duże i ciężkie maszyny, ale przede wszystkim bardzo drogie (kilka tysięcy dolarów za używany).

Odrobina matmy

Średnio wydaliśmy na wszystko 1600 zł. Mamy zatem pełnoklatkowy, a nawet lepszy, aparat. W swoich rozważaniach brałem pod uwagę tylko fotografię czarno-białą, ale do większości celów jest ona wystarczająca. A czy aby na pewno nie opłaca się brać cyfry?
Policzmy zatem:

Punkt wyjścia: Nikon D4s + Nikkor 50/1.8 + karta pamięci = 23 700 zł oraz Nikon D750 + Nikkor 24-120/4 G VR = 11 000 zł

Nasz sprzęt analogowy = 1600 zł

Koszt kliszy monochromatycznej + wywołanie samodzielne/ klisza kolorowa podstawowa + wywołanie w zakładzie = 14 zł + 3 zł / 10 zł + 7 zł (w rzeczywistości te wartości mogą być mniejsze)

23 700 zł - 1600 zł = 22 100 zł

lub

11 000 zł - 1600 zł = 9 400 zł

Ile klisz możemy za to kupić i wywołać?

22 100 zł / 17 zł = 1300

lub

9600 zł / 17 zł = 565 (w zaokrągleniu w górę)

Przyjmijmy, że optymistycznie robimy jedną kliszę tygodniowo. Przez ile lat będziemy robić zdjęcia, zanim wyrówna nam się koszt inwestycji analogowej z cyfrową? W roku mamy 52 tygodnie

1300 / 52 = 25 lat !

lub

565 / 52 =  prawie 11 lat!

A ile to zdjęć?

1300 * 36 = 46 800 - na standardy cyfrowe liczba ta nie powala, ale dla przeciętnego, myślącego fotoamatora jest to liczba, której może nie osiągnąć przez całe życie.

565 * 36 =  20 340 - wydaje się to mało, ale wbrew pozorom to dużo. Nawet bardzo dużo.

No i co? Rzeczywiście analog jest taki drogi, jak na mieście gadają?

Rych

niedziela, 21 grudnia 2014

6 powodów dlaczego amator nie potrzebuje aparatu cyfrowego

Technologia poszła do przodu. Aparaty cyfrowe oferują coraz lepszą jakość, a tradycyjna fotografia zniknęła na stałe z większości gospodarstw domowych. Fotografia cyfrowa jest szybsza, teoretycznie tańsza i bardziej odpowiednia dla przeciętnego Kowalskiego. W dużej mierze to prawda. Klisza stałą się domeną zatwardziałych tradycjonalistów, miłośników retro, artystów, hipsterów i paru innych.

Czy jednak oznacza to, że nawet świadomy amator powinien sięgnąć po lustrzankę cyfrową i dopiero po wielu latach doskonalenia sięgnąć po kliszaka, by wejść na wyższy poziom wtajemniczenia? No cóż. Czytajcie dalej.

Definicja

Wiele razy, gdy wychodziłem "na ulicę" podchodził do mnie ktoś zainteresowany moim sprzętem. Padały pytanie czy to na kliszę, a czy klisze jeszcze robią i można wywołać no i czemu nie cyfra. Naturalnie spokojnie, przyjaźnie i cierpliwie odpowiadałem na pytania i starałem się zachęcić do spróbowania. Zazwyczaj słyszałem odpowiedź w stylu: "Nie no. Ja to robię amatorsko. Nie, jak pan, zawodowo."
Zacznijmy od wyjaśnienia sobie jednej rzeczy. Co to znaczy profesjonalista? Słowo to może mieć dwa znaczenia. Po pierwsze będziemy przez profesjonalistę rozumieli osobę, która zarabia wykonując jakąś czynność. Po drugie, bardzo powszechnie, rozumiemy profesjonalistę, jako człowieka wykonującego jakąś czynność szczególnie dobrze. Teraz uwaga. Mówiąc o fotografach profesjonalnych znacznie częściej musimy używać pierwszego znaczenia tego słowa.

Profesjonalizm nie ma tutaj wiele wspólnego z jakością i artyzmem zdjęcia. O wiele częściej spotykani są w naszym życiu fotografowie będący bardziej rzemieślnikami niż artystami. Bo ciężko mówić o sztuce, gdy mówimy o zdjęciach do paszportu, czy kolejnym zdjęciu polityka otoczonego szwadronem mikrofonów w czasie konferencji, czy też setnym zdjęciu klasowym.

Amator zaś to po prostu osoba, która nie uzyskuje, lub uzyskuje niewielką część swoich dochodów z jakichś działań.

I tutaj w fotografii mówiąc o zawodostwie, mówimy zazwyczaj o czymś takim.

1. Amator nie musi robić 2354325643534 zdjęć dziennie

Wiele razy kiedy proponuje komuś zaprzyjaźnienie się z kliszą, słyszę ten argument. Mianowicie przy pomocy aparatu cyfrowego możemy mniejszym kosztem uzyskać większą ilość zdjęć. To prawda.
Problem jednak w tym, że wielu amatorów robi zdjęcia bezmyślnie. Znam mnóstwo osób, które posiadają lustrzankę cyfrową, a nie mają pojęcia o zależności między przesłoną, a głębią ostrości, czy też nie wiedzą co to znaczy ISO! Na wyjazdach tłuką chorą ilość zdjęć, z których tylko kilka nadaje się do pokazania, a reszta albo jest nudna, albo słaba technicznie, albo jest 350 powtórką ujęcia, bo przez przypadek aparat ustawiony był na tryb seryjny.

A profesjonalista? On musi. Bo jak wchodzi na konferencję to musi mieć sfotografowany każdy krok ministra, od chwili gdy ten wchodzi na sale, do momentu aż ją opuszcza. Bo będąc na ślubie musi mieć sfotografowany każdy krok nowożeńców i każdy gest księdza. On potem usiądzie i wybierze któreś zdjęcie, albo da kartę pamięci komuś, kto zrobi to za niego i wstawi do artykułu. Koniec

Amator jak pojedzie do Egiptu to niech wróci z 36 różnymi zdjęciami. Nie 150 zdjęć na plaży, gdzie na 30 leży na leżaku, na kolejnych siedzi, a na następnych bawi się piaskiem. Bo jedyne co z nimi zrobi, to wrzuci do folderu, na profil wrzuci 30, a po dwóch dniach zaginą gdzieś na dysku i najpewniej nigdy się do nich nie wróci.

Świadomy i myślący amator kupując używany aparat analogowy i rozsądnie dysponujący kliszą wychodzi na tym lepiej niż kupując podstawową lustrzankę cyfrową, bo zanim wypstryka jej koszt minie trochę czasu i nastanie chwila, gdy będzie ją można kupić za 1/3 ceny. Cyfra dla amatora=szybka strata pieniędzy.

2. Amator częściej potrzebuje jakości

Brzmi to dość dziwnie. Wręcz na odwrót i obrazoburczo. Taka jest jednak prawda.
Parę miesięcy temu Bart poprosił mnie bym zrobił zdjęciach w czasie obchodów rocznicy Powstawania Warszawskiego, gdzie był w poczcie sztandarowym NZS. Zgodziłem się i co zabrałem. Prakticę, Ricoha, wypożyczyłem średnioformatowego Hasseblada? Nie. Wziąłem mojego starego Nikona D40 z kitowym zoomem. Cyknąłem parę fotek. Nie obrabiałem ich, ani nic. Większość z nich przedstawiała po prostu członków NZS stojących w rzędzie na cemntarzu, skłądających kwiaty, czy będących w poczcie sztandarowym.

Aparat po prostu na dzisiejsze standardy słaby. Obiektyw też nie powalał. I co? Myślicie, że ktoś narzekał na słaby bokeh, niedopracowane kolory, czy coś? Nie. Najbardziej istotne było to, że przewodnicząca dostała te zdjęcia 10 minut po wyjściu z cmentarza. Jakbym zrobił je Hasselbladem używając slajdu i jeszcze użył małego otworu przesłony, to by się pewnie nie nadawały, bo tło by było rozmyte.

Ale spełniły swoje zadanie. Miały być dokumentacją pewnego wydarzenia i być ostre i wyraźne. Nie mieć rozmyte tło.

A amator? No on pewnie częściej będzie pokazywał swoje prace ludziom, którzy będą bardziej zainteresowani odwzorowaniem kolorów, jaki to ten bokeh jest i jak wygląda 100% przybliżenia, no i jak wygląda kompozycja i jak bardzo to zdjęcie się wyróżnia.

Bo nie oszukujmy się. Większość zdjęć "zawodowych" jest oklepana i taka ma być. Bo ile może być innowacyjności w zdjęciu do paszportu, do wizy? Niewiele. Oczywiście w fotografii ślubnej, czy nawet klasowej można zawsze zaprezentować coś innowacyjnego i odkrywczego. Ale na koniec i tak przy oglądaniu albumu przez Kasię i jej przyjaciółki istotne będzie, jaką to Kasia miała piękną suknie oraz, że ciocia Halina założyła ten tandetny kapelusz. Nie jak pięknie wyszedł Tri-X w Rodinalu.

3. Amator nie potrzebuje szybkości

Trochę już o tym wspominałem. Profesjonalista musi mieć zdjęcia szybko. Amator nie.

Zawodowiec musi uzyskać efekty swojej pracy, czyli zdjęcia, możliwie najszybciej. Bo gonią go terminy. Musi zaraz po konferencji odpalić laptopa i wysłać do redakcji zdjęcie ministra, by można było wstawić na portal post z wiadomością. Bo musi zaraz po weselu zająć się szykowaniem albumu i płytki, bo ma na to parę dni, a za tydzień kolejny ślub. Bo facet, który potrzebuje zdjęcia do paszportu siedzi na krześle i zaraz musi iść do urzędu.

A amator? Jest różnica czy zdjęcie trafi na grupę dziś czy jutro? Nie. Może je wstawić po tygodniu od jego zrobienia. Nie ma to znaczenia.

4. Amator musi myśleć

Generalnie nie musi. Musi to się człowiek urodzić i umrzeć. Dobrze by było jednak by coś co robimy w wolnym czasie prócz sprawiania przyjemności było również w jakiś sposób rozwijające.

A to znaczy, że profesjonalista nie musi się rozwijać? Musi! Jednak nie, aby rozwijać swoją artystyczną duszę, abstrakcyjne myślenie i tak dalej, a po to, by sprostać wymaganiom rynku. Wielu uczęszcza na kursy i warsztaty, by poznać nowe oprogramowanie, ale też po to, by powiesić sobie w zakładzie kolejny dyplom czy certyfikat. Klient wchodzi, patrzy na ścianę dyplomów i od razu chętniej wydaje pieniądze. Zysk.

Profesjonalista musi pracować szybko i wydajnie. Półautomatyczne tryby są dla niego dobre i korzystne. Miejscami nawet pełna automatyka. Dobry profesjonalista oczywiście zrobi dobre zdjęcia zwykłą Prakticą. Tyle, że będzie to dla niego niewygodne i mniej wydajne niż strzelanie z cyfrowego Nikona. Włoży w to więcej wysiłku, a efekt pieniężny będzie ten sam, a nawet może być stratny. Nie opłaca się zatem.

A amator musi myśleć. Musi myśleć jaką ma przesłonę, jaki czas, a jakie powinien ustawić. No i jaką czułość ma jego błona. Nie może być robotem.

A zawodowiec musi być zazwyczaj jak maszyna. W przeciwnym wypadku zarobi mniej.

5. Amator nie musi oszczędzać

Nie musi tak bardzo.
Tak wiem, że nie można być rozrzutnym i nie każdego stać na Leicę MP z Noctiluxem prosto z salonu. Mnie też nie tak by the way. I do tego codziennie karton Ilfordów na spacer.

Jednak dla amatora jakby nie patrzeć koszt jednostkowy zdjęcia jest mniej istotny niż dla zawodowca. Bo zawodowiec musi zarobić. Musi zamortyzować koszt sprzętu, opłacić wynajem itd. Musi też pozostać konkurencyjny.

Gdyby ktoś chciał w dzisiejszych czasach zarobić np. fotografując śluby, czy imprezy w sposób tradycyjny, to by musiało być drogo. Bardzo drogo. Bo mówiliśmy, że on będzie musiał tych zdjęć zrobić od groma. A to by kosztowało. Musiałby przecież zarobić. A Kasię nie interesuje czy jej zdjęcia ze ślubu są odbitkami na papierze barytowym. Prędzej, czy nie błyszczą się za mocno w świetle lampy, którą kupiła w zeszłym tygodniu. Profesjonalista-tradycjonalista nie utrzymałby się na rynku. Nie byłby konkurencyjny. Cyfra to dla niego czysty zysk.

6. Amator traci na zakupie cyfry

Amator traci, bo sprzęt zakupiony przez niego nie zarabia. Profesjonalista ma go wliczonego w koszty i po pewnym czasie zakup mu się zwróci. Robi zdjęcia i na nich zarabia.
Jeśli amator kupi sobie Nikona D4 nawet z jednym obiektywem to zapłaci sporo ponad 20 tysięcy złotych! Jeśli profesjonalista go zakupi, to mu się po pewnym czasie ten zakup zwróci. Amatorowi nie.

Amator może mieć lepszą jakość nawet od Nikona D4 za mniejsze pieniądze. Niech kupi Nikona F100 i podpiąć może ten sam obiektyw co do D4. Resztę przeznaczy na filmy. Zanim wypstryka równowartość ceny samego body D4 minie sporo czasu i będzie mógł go kupić za 1/10 wartości. Przy założeniu, że nie pstryka bezmyślnie. A kupując F100 ma wszystkie udogodnienia, które daje D4. A analoga można kupić i następnego dnia sprzedać po tej samej cenie lub wyższej. Nie ma straty.

No i to by było na tyle. Możecie się zgodzić z tym lub nie. Wasze prawo. Jednak po prostu pomyślcie. To się zawsze opłaca.

Rych

niedziela, 14 grudnia 2014

KONKURS!!! z nagrodami rzecz jasna!

No i udało się! Kolejny krok ku podbiciu internetu zrobiony! Nasz fanpage na Facebooku ma już 200 lajków! Nie byłoby to możliwe gdyby nie Wy :). Z tej okazji mamy dla Was konkurs!

A co trzeba zrobić? To proste!
  1.  Trzeba polubić (jeśli się jeszcze tego nie zrobiło) Nasz fanpage: https://www.facebook.com/isowielcerozne
  2. Udostępnić tego posta
  3. Odpowiedzieć poprawnie na pytanie konkursowe. Odpowiedzi udzielamy na adres e-mail bartirychzapraszaja@gmail.com
A teraz pytanie:

Jaki japoński fotograf znany jest z przedstawiania na swoich fotografiach Kinbaku (japońskiej sztuki krępowania)?

Oczywiście znany jest nie tylko z tego :). Podpowiedzią niech będzie, że przez ostatnie kilka tygodni można było podziwiać jego prace w Leica Gallery w Warszawie.

A co do wygrania? Aparat! Nie byle jaki! Smiena 8m załadowana rolką filmu!


Na odpowiedzi czekamy do 4 stycznia 2015. Potem wśród osób, które udzieliły poprawnej odpowiedzi wylosujemy zwycięzcę!

Zapraszamy!

Bart i Rych

piątek, 12 grudnia 2014

Fotopodróże: Kaszanka, tyle, że z owcy

Oj, jak patrzę na datę ostatniego napisanego przeze mnie posta to aż mi wstyd. Niestety, wiedziałem, że ten czas raczej będę spędzać na pisaniu pracy i siedzeniu w laboratorium, ale nareszcie udało się znaleźć chwilkę by coś napisać, więc już kończę z usprawiedliwianiem się. Ba! Udało się znaleźć czas by gdzieś pojechać (choć już dawno, bo w długi weekend z 11 listopada). A gdzie? No jak to? Który kraj jest na tyle kreatywny kulinarnie, by jego mieszkańcy wpadli na pomysł, że kaszankę można zrobić z baraniny? Szkocja!

No tak, ten wyjazd był w moich planach i nie tylko moich już od dłuższego czasu. Dokładniej to od jakichś dwóch lat, kiedy to mój dobry przyjaciel zapakował walizkę i poleciał zdobywać wyższe wykształcenie w Glasgow. Niewiele myśląc, razem z paroma jeszcze przyjaciółmi, zakupiłem bilet lotniczy i poleciałem.

Przyznam szczerze, że miałem tym razem ciężki orzech do zgryzienia jeśli chodzi o wybór sprzętu. Po pierwsze, leciałem razem z niefotografującymi kumplami, więc zabieranie "wolnego" aparatu nie wchodziło w grę. Istniała spora szansa, że będzie trzeba robić zdjęcia z lampą po nocy, a ponadto chciałem mieć możliwość zastosowania obiektywu o ogniskowej 35mm. Wybór padł na Prakticę MTL5b, Pentacona MC 50/1.8, Takumara MC 35/3.5 oraz lampę Ricoh XR Speedlite 240. Całośc wrzuciłem do zwykłej torby, odpowiednio zabezpieczyłem i dodałem parasolkę (w końcu to Wielka Brytania).

Mina mi szybko zrzedła gdy pierwszy raz przyłożyłem do oka aparat i odpaliłem światłomierz. Film 400 ISO okazał się być zbyt nieczuły na robienie zdjęć z ręki i musiałem szybko podjąć decyzję co robić. Tym sposobem zdecydowałem się na naświetlenie filmu jako 800 i późniejsze forsowanie go, licząc, że wszystko wyjdzie chociaż dobrze.

Mniejsza o pierwszy wieczór, który spędziliśmy na szukaniu monopolowego i degustowaniu whisky, piw i cydrów. Po nim nastał piękny dzień, który postanowiliśmy spędzić w stolicy Szkocji, czyli Edynburgu. Tam też dostaliśmy się pociągiem. Wpierw wybraliśmy się na zamek, a potem w dół, aż do jakiejś góry, na którą moi kumple musieli koniecznie wejść. Po drodze uwagę moją zwrócił niewielki, ukryty cmentarzyk. Lubię stare cmentarze, a ten okazał się wyjątkowy, gdyż na nim pochowany został Adam Smith - ojciec ekonomii. Odwiedzający rzucają na grób drobne monety, by tym samym zapewnić sobie pomyślność.
Kiedy słońce już zaszło, odwiedziliśmy jeszcze parę innych miejsc. Między innymi knajpę The Elephant House, gdzie J.K. Rowling miała wymyślić Harry'ego Pottera. Do samej knajpy nie weszliśmy, ze względu na tłum ludzi.
Opuszczamy cmentarz, gdzie pochowany jest Adam Smith

Mimo dużej czułości, musiałem użyć stosunkowo dużego otworu przesłony, co zaowocowało małą głębią ostrości, a Mati bardzo polubił swój portrecik.

Tak. To szkocki parlament

Edynburg pokazał nam również, że nie trzeba lecieć na drugi koniec świata, by spotkać się z prawdziwą egzotyką. Gdy weszliśmy do tawerny, przy głównej ulicy, chcąc zjeść w miarę smaczny posiłek i zapić go dobry szkockim piwkiem, było koło 15:50. Kelnerka oznajmiła nam, że musimy się pośpieszyć, bo kuchnię zamykają o 16 i potem nic nie zamówimy. No po prostu pięknie. Dobrze, że nie należymy do ludzi, którzy ślęczą nad kartą dań, niczym generał nad mapą przed decydującą bitwą, i szybko złożyliśmy zamówienie. Jeden z nas postanowił spróbować słynnego szkockiego Haggis. Dostał coś co wyglądało na szarą, rozmemłaną kaszanką, z dodatkiem pure ziemniaczanego i pure z rzepy. Do pełni szkockiej kuchni brakowało tylko fasoli.

Następny dzień jednak miał się okazać prawdziwą przygodą. Koło 8 rano zapakowaliśmy się do wynajętego Vauxhall'a Corsa'y (nie Opla, przypominam!) i wyruszyliśmy na Highlandy.

Jak widać na załączonym obrazku, nasze auto było czerwone

Pierwszym naszym przystankiem było Loch Lomond, choć dokładniej jego niewielki kawałek. Tam wybraliśmy się na krótki spacer, gdzie miałem okazję cyknąć parę fotek. Tego dnia używałem wyłącznie Takumara, gdyż zauważyłem, iż Pentacon zaczął mi nierówno przymykać przysłonę.


Mati okazał się być bardzo wdzięcznym modelem.


Nie mogliśmy jednak zbyt wiele czasu spędzić w tym urokliwym miejscu, gdyż chcieliśmy zobaczyć jeszcze parę innych miejsc. Skierowaliśmy się w stronę Fort Williams, a potem mieliśmy jechać dalej na północ. Po drodze zdecydowaliśmy się pojechać na Isle of Skye, ale do mostu łączącego ją z lądem było za daleko. Po szybkiej analizie mapy, zdecydowaliśmy się zaryzykować i pojechać do Mallaig, licząc na złapanie promu.
"Ustawiałbym czworoboki piechoty" - M.P

Brzeg Atlantyku w okolicach Mallaig. Na horyzoncie Isle of Skye
Koniec końców musieliśmy jednak obejść się smakiem, gdyż na prom spóźniliśmy się około 10 minut. Widok zachodu słońca nad Atlantykiem nam to jednak wynagrodził w stuprocentach!

A właśnie! Warto coś wspomnieć o jeździe autem. Jak wiadomo w Szkocji obowiązuje ruch lewostronny, dlatego osobówki mają kierownice po prawej stronie. Układ biegów jest taki sam jak w "normalnym wozie". Ja byłem jednym z trzech kierowców, choć najdłużej prowadził Mati - chwała mu za to! Wrażenia? Nic w sumie specjalnego. Wkurza to, że kierunkowskazy są pod tą samą ręką co dźwignia zmiany biegów i trzeba się skupić na odpowiednim ustawieniu auta na drodze, bo przyzwyczajeni do naszego układu mogą mieć tendencję do zjeżdżania na pobocze. Nie polecam! Zwłaszcza, jeśli każde najmniejsze zarysowanie może Was kosztować tysiąc funtów!

Ale to jak się okazało była jedyna opcja. Gdybyśmy zdecydowali się na jazdę pociągiem zobaczylibyśmy tylko Loch Lomond, a jak się miało okazać, najpiękniejsze miejsca wiedzieliśmy, gdy jechaliśmy autem, tudzież zatrzymywaliśmy się na przydrożnych parkingach by chwilę popatrzeć.

Ostatniego dnia zaś wyszliśmy na pożegnalne zakupy w centrum Glasgow, zobaczyliśmy Uniwersytet i wsiedliśmy w samolot, zostawiając za sobą Szkocję. Czy było warto? Jak najbardziej! Niespecjalną pogodę, drobne trudności fotograficzne i zmęczenie wynikające z intensywności wycieczki rekompensowało mi doborowe towarzystwo moich przyjaciół! A czy polecę Wam Szkocję? Całym sercem, ale pamiętajcie o jednym: Szkocja to piękny kraj. Do momentu, aż trzeba coś zjeść, pojechać autem, czy skorzystać z kibla!

Rych

środa, 24 września 2014

Szafowe Demony

Apage Satanas! Precz demonie, zrodzony w ogniach zakładów Krasnogorska! Nakazuję ci odejść i przestać nękać lud analogowy! Odejdź precz! Nie jesteś nam już potrzebny! Wracaj na dno ciocinej szafy, gdzie twoje miejsce! Wypędzam cię słowami mocy: Pentax, Nikon, Canon i Leica!

Dobra, zacząłem od gadania głupot i odprawiania jakichś dziwnych egzorcyzmów, nad bliżej nieokreślonym demonem. Demona zna jednak wielu. Ba! Wielu nim zdjęcia robi. Różne są jego formy i pełne imiona, ale wszystkie zwą się "Zenit".

No tak, Zenit. Sam od niego zaczynałem i również wyszedł z szafy. Nówka sztuka, w pudełku, w futerale z fajnym Heliosem 44m-4. Miałem szczęście. Wszystko w nim działało i działa, nigdy mi nie zerwał filmu, nic się nie zacięło. I oby tak dalej, choć klisza do niego wpadnie już od święta.

Mimo wielkiego sentymentu do tego aparatu, nigdy bym z czystym sumieniem nie polecił go osobie, która chciałaby rozpocząć przygodę z fotografią. Bo wiele jest takich, co rwą filmy, zacinają się i działąją "w kratkę". Mało czasów i dawno nie używane czułości na kole nastaw w GOST'ach.

A przestał on być prawdziwą alternatywą cenową dla zachodnich konstrukcji. Minęły czasy, kiedy Zenity były drogie, Praktici bardzo bardzo drogie, a Nikony poza zasięgiem, a mistyczna Leica warta więcej niż cały majątek rodziny do trzech pokoleń wstecz.

Najlepszy Zenit to darmowy Zenit, jednak niektórzy je kupują, ale za niewiele większe pieniądze (a czasem mniejsze!) możemy kupić już o wiele fajniejszą Prakticę, odrobinę większe Pentaxa, Ricoha tudzież Cosinę, a za cenę nowego, cyfrowego kompakta, możemy się rozejrzeć za analogowym Nikonem, czy Canonem. Cieszące jest też to, że za cenę nowej, podstawowej lustrzanki cyfrowej, możemy już nabyć drogą kupna... dalmierz z wymienną optyką (tylko już obiektywy to inna sprawa).

Czy zatem Zenit to śmieć i nie da się nim robić zdjęć? Nie! Na swoje czasy i warunki był bardzo dobrym aparatem, a na zachodzie stanowił swego rodzaju konkurencję cenową dla amatorów z mniejszym budżetem. Ponadto mocowanie m42 daje dostęp do wielu fajnych obiektywów, w niskich cenach. Da się nim robić ładne zdjęcia, jak każdym sprawnym aparatem!

Chodzi o co innego. Mianowicie, on łatwo zniechęca. Znałem ludzi, którzy na początek swojej analogowej przygody brali w łapki swoje Zenka. Na początku fajnie ładnie, że taki analogowy, mechaniczny i szał ciał! Przychodziło do odbioru odbitek i już uśmiech schodził, ale wszak początki zawsze są trudne. No ale potem jak dochodził problem wagi, braku ergonomii i braku wiedzy teoretycznej fotografującego to się robiło naprawdę niefajnie. Dziś paru ludzi zafascynowanych jeszcze nie tak dawno tym wytworem radzieckiej techniki jeśli robi zdjęcia to smartfonem, a stare aparaty kojarzą im się z brakiem no... wszystkiego dobrego. A może wystarczyłoby już chociaż tę nieszczęsną Prakticę? Może.

Bo to niestety tak jest. Tak było z moją osobą. Najpierw był Zenit i było git. Potem Practika - no, to już poważny sprzęt! Jak wsiadłem w Ricoha bagnetowego i poczułem jak to chodzi, to jedyne co powiedziałem to "przez tyle czasu byłem głupi". W tamtej chwili poprzysiągłem sobie, że nie wezmę do ręki Leici, póki nie będę w stanie jej kupić, by poczuwszy działanie jej mechanizmów nie przejść załamania nerwowego, ewentualnie nie pobiec sprzedać nerki na czarnym rynku.

Ale coś na koniec powiem. Polecę Zenita. Komuś kto już analogiem zdjęcia robi jakiś czas. Bo się nie zniechęci do analogów jako takich, a może pewna toporność i siermiężność radzieckiej fototechniki mu przypadnie do gustu. W końcu są ludzie, którzy kochają Fiata 126p, czyż nie ;)?

Rych