czwartek, 19 marca 2015

Wywoływanie negatywu czarno-białego

Rzeczą, która sprawia ogromną satysfakcję w fotografii analogowej, jest możliwość samodzielnego wywołania negatywu czarno-białego. W przeciwieństwie do procesu kolorowego, czy filmu odwracalnego, jest to naprawdę prostsze niż się wydaje. Nie tylko pozwala nam zaoszczędzić pieniądze, ale również daje nam kontrolę nad finałowym efektem, bo zmieniając chemię i parametry, możemy uzyskać bardzo różny efekt końcowy.

Zatem, jak się do tego zabrać?

Co potrzeba?

1. Ciemnia

Bez paniki. Jeśli nie możemy przeznaczyć na ciemnię całego pomieszczenia na stałe, to wciąż mamy możliwość uzyskania pomieszczenie całkowicie ciemnego. Na czas wyjmowania filmu ze światłoszczelnej kasetki możemy tymczasowo zaciemnić np. łazienkę. Idealnie do tego nadadzą się grube arkusze czarnej tektury lub inny podobny materiał. Pamiętać należy jednak o tym, że do pomieszczenia nie mogą dochodzić żadne promienie światła! Nawet delikatny prześwit pod drzwiami może zrujnować nam film!

Jeśli nie chce nam się ciągle zaciemniać pomieszczenia możemy zaopatrzyć się w specjalny changing bag - swego rodzaju światłoszczelny worek z rękawami w którym możemy załadować film do koreksu.

2. Sprzęt i chemia

Do wywołania kliszy potrzebować będziemy odpowiedniego sprzętu. Polecam popytać po znajomych, bo być może u kogoś po piwnicach, strychach i szafkach przewracają się choć niektóre z nich. Konkretnie potrzebujemy:
  1. Koreks - warto wybrać taki, który nie ogranicza nas do jednego formatu kliszy. Zazwyczaj koreksy pozwalają na wywołanie dwóch rolek kliszy małoobrazkowej lub jednej średnioformatowej (dokładniej jednej 220 i czasem 2 formatu 120 nawiniętych na rolkę jedna za drugą).
  2. Termometr
  3. Cylinder miarowy na minimum 500 ml
  4. 2-3 zlewki szklane na przynajmniej 600 ml
  5. Klipsy do suszenia i ściągaczka do wody
  6. Strzykawki plastikowe
  7. Butelki na chemię
  8. Wywoływacz
  9. Butelka octu spirytusowego
  10. Utrwalacz
  11. Zwilżacz
  12. Dostęp do bieżącej wody
 Proces

  1. Film nawinąć na szpulę koreksu i załadować koreks. Po upewnieniu się, że koreks jest dobrze zakręcony, możemy zapalić światło.
  2. Chemię przygotować zgodnie z zaleceniami producenta. Najlepiej zrobić to parę godzin wcześniej, jeśli używamy chemii w postaci rozpuszczalnych proszków.
  3. Przygotować zlewkę z wywoływaczem (w wybranym rozcieńczeniu i temperaturze), przerywaczem - 2% roztwór kwasu octowego i wywoływaczem.
  4. Wlać wywoływacz do koreksu, zacząć mierzyć czas.
  5. Poruszać koreksem w zadany sposób i w zadanych interwałach.
  6. Na 5-10 sekund przed zakończeniem wywoływania zacząć wylewać wywoływacz.
  7. Wlać przerywacz. Intensywnie mieszać przez około 30 - 60 sekund
  8. Wlać utrwalacz - poruszać podobnie jak przy wywoływaniu, a nawet intensywniej.
  9. Zlać utrwalacz
  10. Płukać pod bieżącą wodą o wybranej temperaturze. Czas płukania mieści się w przedziale 10-30 minut w zależności od temperatury wody i marki negatywu.
  11. Po zakończeniu płukania, wlać roztwór zwilżacza i poruszać koreksem około 70 sekund.
  12. Na koniec rozwiesić film w miejscu wolnym od kurzu ściągnąć nadmiar wody ściągaczką i pozostawić na kilka godzin.

Uwagi

Dobra, trzeba co nieco dodać do tej instrukcji. Po pierwsze rozcieńczenie wywoływacza - im wyższe stężenie wywoływacza, tym krótszy czas wywoływania, ale przez wyższą agresywność chemii większe ziarno i kontrast. Rozcieńczenia są zapisywane w następujący sposób - x części roztworu roboczego wywoływacza + y części wody. Przykładowo zapis 1+50 oznacza jedną objętość wywoływacza na 50 części wody, czyli np. 8 ml wywojki i 400 ml wody. Następnie kwestia mieszania - im częściej i mocniej tym większy kontrast, im rzadziej i delikatniej tym bardziej wyrównawczo. Nie można przesadzać w jedną ani drugą stronę, choć w istocie zależy to od efektu jaki chcemy uzyskać.  Kolejna sprawa suszenie - brońcie bogowie by suszył ktoś suszarką do włosów! Film się poskręca, a drobinki kurzu wejdą w emuslję i w niej zostaną na wieki wieków! Ja osobiście robię to tak - skonstruowałem sobie suszarnię z kotary prysznicowej, kawałka litej tektury i wieszaka. Tam przed wstawieniem filmu na około minutę wstawiam czajnik z wrzącą wodą - para wodna wiąże kurz z powietrza. Następnie rozwieszam film i zostawiam na noc. Rano zdejmuję, tnę na paski odpowiedniej długości (film 135 na 6 klatkowe paski) i pakuję do koszulek pergaminowych.

No, dotarliśmy do końca. Każdy w sumie wywołuje trochę inaczej niż inni.Ważne jest to aby wypracować sobie powtarzalność, coś pozwoli nam na większą kontrolę nad końcowym efektem. Zachęcam do spróbowania.

Jednak ostrzegam. Kto raz do ciemni wejdzie, to już najpewniej w niej zostanie.

Rych

czwartek, 26 lutego 2015

Zgoda, a niezgoda. Prawo, a lewo

W ostatnim poście wspomniałem co nieco o tym, że ludzie generalnie nie reagują na zdjęcia w sposób wrogi. Trzeba jednak pamiętać o tym, że są pewne wyjątki od reguły. 

Ostatnio czekając na tramwaj, kręcąc się po pustym przystanku jak lew w klatce, wybitnie się nudziłem. Na szczęście po chwili pojawiło się coś ciekawego, a dokładniej ktoś, bo pani z plecaczkiem rozmawiająca przez telefon.

Przysiadła sobie na ławeczce i dalej prowadziła rozmowę. Dyskretnie wyciągnąłem aparat z torby, ustawiłem czas i przesłonę oraz możliwie najdokładniej ostrość "na oko". Kiedy w końcu ustawiłem się do kadru, ułamek sekundy przed naciśnięciem spustu spojrzała w moją stronę. Pstryknąłem, ale to co się stało chwilę później przerosło moje najśmielsze oczekiwania.

Wspomniana pani podskoczyla jak oparzona, po czym zaczęła krzyczeć "Proszę nie robić mi zdjęcia!". Odsunąłem się, odparłem z uśmiechem "ok", zaś ona powtórzyła to jeszcze trzy razy, po czym odeszła z przystanku i na tramwaj czekała kilkanaście metrów dalej.

Ok, pewnie część z Was myśli "Rych, co się dziwisz, przecież tak nie wolno! Przestraszyłeś biedną kobiecinę!".

Nie wolno powiadacie? No nie do końca.

Warto to sobie wyjaśnić, bo powyższa historia jest dobrym przykładem sytuacji, która zniechęca wiele osób do fotografii ulicznej. Zupełnie niesłusznie.

NIE MA w polskim prawie przepisu zabraniającego fotografować osobę bez z jej zgody w przestrzeni publicznej. Koniec.

Zgoda osoby sfotografowanej jest potrzebna tylko do publikacji zdjęcia i to tylko, jeśli osoba na zdjęciu jest rozpoznawalna i stanowi główny element zdjęcia. Ponadto, za zgodę uznaje się również brak wyraźnej niezgody, choć jak wyjaśnił mi znajomy w prawie siedzący, osoba sfotografowana może niezgodę wyrazić po opublikowaniu zdjęcia, bo w streetphoto często obiekt jest nieświadomy, że zrobiono mu zdjęcie.


Co ciekawe, znacznie częściej kobiety reagują w taki sposób, jak opisałem wyżej. No, to jednak mniej istotne.

Oczywiście należy zachować zdrowy rozsądek. Bieganie za kimś i pstrykanie bez opamiętania po chwili będzie podchodziło pod nękanie. Najlepiej po prostu pstryknąć, uśmiechnąć się i pójść dalej.

A jak ktoś za Wami pójdzie i usłyszecie "Przepraszam. Czy pan/i mi zrobił/a zdjęcie?"

To nie twórzcie, tylko się przyznajcie, powiedzcie coś miłego i dodajcie, że zdjęcie to może ujrzy światło dzienne za jakieś 70 lat, gdy Wasze wnuki sprzedadzą je do archiwum lub wystawią na aukcję. Albo udawajcie, że nie rozumiecie i mówcie tylko po obcemu, to najpewniej człowiek machnie ręką i sobie pójdzie.

W fotografii ulicznej jesteśmy skazani na interakcję z ludźmi (chyba, że ograniczymy się do psów i miejskich krajobrazów). Warto więc poznać, jak wyglądają pewne kwestie od strony prawnej, bo gdy uśmiechy i miłe słowa zawiodą, to po Waszej stronie stoją paragrafy.


Pamiętajmy jednak o tym, że by być ludźmi. To bardzo pomaga. Nie tylko w robieniu zdjęć.

Rych


poniedziałek, 16 lutego 2015

Fotograficzna autoterapia

Autobus czy inny tramwaj. Słuchawki na uszach. Siedzi na siedzonku, okulary przeciwsłoneczne na twarzy i patrzy gdzieś przez szybę, nie zwracają uwagi na ludzi. Wychodzi. Idąc do celu wymija kolejne osoby patrząc bardziej pod nogi niż przed siebie. Gdy uważa, że jest za dużo ludzi, natychmiast szuka ucieczki. 

Kojarzycie? Z całą pewnością znacie przynajmniej jedną taką osobę. To ja. Właściwie, ja kiedyś.

Bez bicia przyznam, że ciężko mnie było uznać za osobę lubiącą ludzi. Nigdy nie przepadałem za tłumami, szerokim łukiem omijałem imprezy masowe, miejsca gdzie gromadziły się tabuny młodzieży (słynny w czasach liceum Hel). Kiedy powróciłem do fotografii analogowej, właściwie z przypadku zupełnego, zacząłem się interesować fotografią uliczną. Kwiatki, krzaczki i widoczki jako takie mi się znudziły, na portrety modelek szukać mi się nie chciało, a do Afganu jako korespondenta żadna gazeta mnie wysłać nie chciała (do dziś nie wiem czemu).

Trochę o tym gatunku wspominałem. Nie będę jednak wchodził w encyklopedyczne szczegóły. Nie będę też rozckliwiał się, jak to fotografia zmieniła moje życie, jak dzięki niej odniosłem życiowy sukces, stałem się piękny, bogaty i wymyśliłem lekarstwo na rak.

Po prostu coś Wam opowiem.

Jakieś dwa lata temu myślałem, że nie ma lepszego obiektywu do streetu niż 135mm. Nie jest na tyle długi, by trzeba było używać statywu, a pozwala zachować dość duży dystans od fotografowanej sceny.

Wybitnie nie chciałem być blisko. Stałem sobie gdzieś z boku i się rozglądałem. Szukałem, wytężałem wzrok, patrzyłem przez wizjer, niczym snajper przez lunetę szukający celu. A jak jakiś upatrzyłem, to strzelałem. Potem zmieniałem miejsce.

Ale coś było nie tak. Dopiero po przestudiowaniu fotografii Wielkich, zrozumiałem, że nie tędy droga. Okazało się, że używając tele popełniam większą gafę, niż mówiąc "Elo stara!" witając królową Wielkiej Brytanii.

Zdjęcie generalnie średnie. Pomijając fakt, że fotografowanie bezdomnych jest cliche, a sam kadr niby ratuje gest kobiety na drugim planie i napis "alkohole", to po prostu czuć, że zdjęcie jest "odległe".
Inna sprawa, że korzystając z teleobiektywu, miałem z tyłu głowy jakieś poczucie winy - skoro nie chcę być zauważony, trzymam się z boku, to robię coś złego. Jak mnie wykryją, to będzie niemiło. Ja nie lubię jak jest niemiło.

Koniec końców, stwierdziłem, że jednak trzeba się przełamać, bo się z miejsca nie ruszę. Zacząłem więc od obiektywu 50mm.



Już trochę lepiej. Zauważyłem ponadto dwie rzeczy. Po pierwsze, większość ludzi naprawdę nie reaguje na robienie im zdjęć w sposób wrogi. Po prostu, albo nie zwracają na to uwagi, albo odwracają się (dobrze jeśli zrobią to po fakcie - trzeba być szybkim). Po drugie, ludzie potrafią być mili. Trzecią rzecz jeszcze zauważyłem, a to tyczy się personalnie mnie.

Aparat stał się moim paszportem. Moim uściskiem ręki na przywitanie z ludźmi, z którymi bez niego pewnie nie zamieniłbym dwóch słów. Z ludźmi, których bym najpewniej nie zauważył.

Jak z tą dziewczyną z papugą. Stary ja pewnie nawet nie zwróciłby na nią uwagi. Przeszedł by koło niej, albo zacząłby rzucać joby na prawo lewo pod hasłem "kto normalny wychodzi z papugą na gonitwę na Służewcu?!". Obecny ja chwilę po zauważeniu jej podbiegł i się spytał czy może zrobić zdjęcie. Efekt powyżej.

Teraz staram się podchodzić jeszcze bliżej, bo obiektyw 35 mm okazał się być jeszcze wygodniejszy w tej robocie (kiedy indziej opowiem dlaczego, bo wynika to między innymi z jego konstrukcji).

I wiecie co? Teraz mi po prostu jakoś weselej. Dalej wkurza mnie buractwo i prostactwo. Dalej mnie wiele rzeczy w ludziach denerwuje i dalej zachowuję przez większość czasu dystans. Jednak teraz zamiast się irytować dziwnymi ludźmi, to robię im zdjęcia, zamienię dwa słowa i idę dalej. I zdjęciom to wyszło na dobre.


Dlatego wszystkim, którzy się boją i chodzą z wielkim tele, czy zoomami, jedną rzecz poradzę. Zwykła, dobra stałka. Krótka. I odrobinę odwagi i przełamania. Zobaczycie, to nic trudnego, a i jakoś tak zwykła podróż autobusem z czasem przestanie być utrapieniem.

Rych

czwartek, 12 lutego 2015

Bo wspomnienia są faux pas

Poranek. Jeszcze nie przejrzawszy na oczy, ruchami godnymi niedźwiedzia przedwcześnie obudzonego z zimowego snu, sięgam ręką po smartfona. Chcę sprawdzić pogodę i czy przypadkiem nikt nie próbował się do mnie dobijać. Widzę u góry małą ikonkę duszka. Ku***, miejmy to za sobą: ktoś siedzi na kiblu "poranek", kolega strzelił selfie "#dzieńdobry", koleżanka wysłała mi fotę swojej kawy "kawusia tak bardzo".

Znacie to? Może niektórzy tak. Jednym się to podoba, innych obchodzi to mniej niż konsekwencje wojny radziecko-afgańskiej.

Ostatnio przeczytałem pewien artykuł, do którego link zamieszczam poniżej.

Jesteśmy pokoleniem, które jest najbardziej obfotografowanym pokoleniem w historii. Ilość zdjęć jakie robimy jest ogromna. Nie tylko fotografii nazwijmy to artystycznej. My się dosłownie komunikujemy przy pomocy obrazów (trochę w sumie jak ludy pierwotne nieznające pisma). A za parę lat pozostanie z tego jedno wielkie nic.

Fotograficzny zapis naszych czasów jest równie nietrwały co związki przeciętnych nastolatków. Jest na chwilę w porównaniu z analogowym zapisem i próby jego permanentnego utrwalenia spotykają się ze swego rodzaju ostracyzmem. "Po kiego drukować - na kompie się obejrzy", "Albumy zajmują miejsce", "Odbitki kosztują krocie". Parę razy to słyszałem. O parę razy za dużo.

Łatwiej i taniej kupić dysk zewnętrzny (bo płytki to problem, nagrywać się nie chce i miejsce zajmują). Tylko, że za parę lat to najwyżej będzie można go użyć jako przycisku do papieru. Odsyłam do artykułu powyżej.

No i jeszcze Snpachat - pięknie wpisuje się w filozofię czasów, gdzie wszystko jest na chwilę. Dziesięć sekund i puff! Nie ma foty. A zrobienie screenshota powoduje, że nadawca dostaje powiadomienie. Serio? Do tej pory jak wysyłałem komuś MMSa to liczyłem się z tym, że on sobie go zapisze, zostawi itd. Jednak chyba na tym polega zabawa, a ja się po prostu nie znam i jestem zdziadziały.

Może jestem, ale jak widzę liczby przy niektórych nickach to mi się słabo robi. Tysiące snapów! Tysiące zdjęć, których już nie ma. A za którymi przyjdzie zapłakać.

Dobra, sam nie jestem bez winy, ale już się uspokoiłem. Chodzi o co innego.

Chodzi o to, że mam wrażenie, iż dla wielu ludzi wspomnienia przestały mieć wielką wartość.

Ja mam proste założenie: chcę coś utrwalić na przyszłość - robię temu zdjęcie. Coś jest niewarte zachowania - nie robię temu zdjęcia.

A jak czemuś robię zdjęcie to mam zamiar do tego wrócić. Po tygodniu, miesiącu. dwóch latach.

Bo z czasem nabierze wartości. Pewnie teraz zdjęcia z imprezy u mojego przyjaciela, gdzie tematem była starożytność nie mają wielkiego znaczenia. Spoko były trzy dni po imprezie, gdy jeszcze nie wszyscy wyleczyli kaca. Wspomnienie o nich teraz świadczy o "słabym życiu towarzyskim".

Jednak za te naście lat to bym chciał je mieć. Dzieciakowi pokazać album "Patrz, to tata, przebrany za senatora. A to wujek Staś robi dziwną minę i ma jakieś wiechcie na głowie, a to ciocia Gosia w przebraniu Kleopatry.". Muszę się śpieszyć - bo internetowy album z nimi zaraz zniknie.

I nie tylko z tego - chociażby z koncertu, który grałem na koniec gimnazjum. Z trzech nagranych filmików przetrwały dwa, a mało co okazałoby się, że stracono je na zawsze. Z iluś tam zdjęć, które robiło parę osób, przetrwało parę, które zachomikowały się u mnie.

"Rych, Ty to jeszcze pamiętasz?!" - pamiętam, ale chyba większość osób wokół mnie ma Alzheimera. Pamiętam wyjazdy, imprezy i fajne akcje. Część z nich pozostawiła po sobie obraz.

A gdy proszę ojca, by pokazał mi zdjęcia z czasów, gdy jeździł w rajdach zawodowo, to otwiera szufladę i wyjmuje, które chcę. Czasem sam je wyjmie i ogląda. Niektórzy z na nich obecnych już odeszli. Nawet teraz, gdy wraca z Monte Historique przywozi zdjęcia. Na papierze.

Poza tym trochę odpowiedzialności ludzie! Nie chcę nic mówić, ale te zdjęcia, które robimy dziś, za sto lat będą ważną pamiątką historyczną! Być może zdjęcie z klubu trafi na wystawę "Jak ludzie bawili się w pierwszych dwóch dekadach XXI wieku", a zdjęcie rzygającej koleżanki do pracy doktorskiej, traktującej o problemie alkoholowym wśród młodzieży w latach 2010-2020.

Muszę się śpieszyć. Podjąłem decyzję.

Kiedy Wy będziecie wysyłać sobie snapy przy piwie, ja będę ustawiał zegar powiększalnika. Kiedy będziecie hurtowo wrzucać foty do netu, ja będę ustawiał filtrację. Kiedy fota Waszego pocałunku na plaży zniknie po 10 sekundach, albo sami ją usuniecie, by zrobić miejsce w telefonie, ja będę suszył odbitki i słuchał mamy, że znowu zająłem pół suszarki i nie ma gdzie firanek powiesić.

Może moje "wspomnienia" będą czarno-białe. Jednak ja będę jakieś miał.

Pomyślcie o tym. Jeszcze nie jest za późno. Bo zapłaczecie. Już Wam się to zdarza.

"Lost memories are expensive"

Rych

czwartek, 5 lutego 2015

Sprzęt nie ma znaczenia - ale palcem zdjęcia nie zrobisz


Do znudzenia od niepamiętnych fotograficznych czasów powtarzane jest, że sprzęt jest bez znaczenia, gdyż to fotograf robi zdjęcie. Dobitnie pokazuje to seria filmików DigitalRev TV "Pro Photograph, Cheap Camera Challenge", gdzie zawodowcy dostaję w swoje ręce tanie, często śmieszne aparaty i mają za zadanie zrobić nimi dobre zdjęcie - i udaje im się! Druga strona medalu jest taka, że dobrze dobrany do potrzeb aparat może naprawdę ułatwić życie.

Jaki aparat kupić? Pytanie zadawane nie tylko przez początkujących, ale czasem i przez średniozaawansowanych fotoamatorów, którzy poszukują sprzętu lepszego lub do wcześniej nieeksplorowanej dziedziny fotografii.

Od lewej: TLR w postaci Starta 66, przed nim kompakt Olympus XA2, po środku Praktica LTL z Pancolarem 50/1.8 i na końcu Leica M4 z Voigtlanderem CS 35/2.5

Wybór aparatu w dużej mierze zależy od rodzaju fotografii jaki mamy zamiar uprawiać. Inne wymagania stawiane będą aparatom do reportażu, a inne pogromcom studyjnych portretów. Kolejną sprawą jest budżet, jakim dysponujemy. Są cztery drogi, którymi można podążyć: B - budżetowa: szukamy możliwie tanio i dobrze, R - rozsądna: dysponujemy większym budżetem lub jesteśmy w stanie wstrzymać się z zakupem i dozbierać, MWPNW - mam więcej pieniędzy niż wypada: kasa nie gra roli - kupujemy najlepsze co jest oraz NMBBSP - nie można było bardziej się pomylić: kupiliśmy naprawdę fajny aparat, którym robienie zdjęć w danej dziedzinie będzie miało znamiona drogi krzyżowej.

Zatem lecimy z tematem

1. Niezdecydowani

Duża grupa początkujących oraz ludzi nie lubiących się ograniczać. Dla nich najlepszym wyborem będzie małoobrazkowa lustrzanka jednoobiektywowa. Daje pełną kontrolę nad kadrem i jest wyśmienita do nauki. Sprawdzi się w portrecie, reporterce, krajobrazie i paru innych. W jednych lepiej w innych gorzej, ale jednak wciąż będzie to najbardziej uniwersalny aparat. Fajne jest to, że tanie i sprawne body z dobrym szkłem będzie bardziej zabójcze niż profesjonalny sprzęt z kiepskim słoikiem.

B - szukamy lustrzanki z mocowaniem m42 lub bagnetem K i dobieramy sobie szkiełko 50mm. Dobrym wyborem będzie Praktica z serii L, Pentax Spotmatic, Pentax K1000. Ogniskowa 50mm pozwoli też na liźnięcie każdego rodzaju fotografii (no, może z wyjątkiem makro i astro).

R - szukamy Olympusa z serii OM, Minolty, Pentaxa MX lub LX, Nikona F2, Canona F1 i dobieramy ze dwa jasne szkła 35 i 50 mm.

MWPNW - kupujemy Nikona F3T i pełną baterię "słoików". Do tego motor, lampy, mieszki i inne akcesoria. Mamy z czego wybierać i możemy szukać swojej fotograficznej drogi!

NMBBSP - ktoś nam coś burknął o lustrzance i kupiliśmy średnioformatowego Pentaxa 67. Mamy ponad dwa kilogramy metalu, które średnio nadają się na spacery, a na jednej rolce możemy zrobić 10 zdjęć. Gdy jakimś cudem udało nam się go podnieść z podłogi i wyjść na miasto to ludzie na widok wycelowanego w ich stronę obiektywu przypominającego lufę granatnika uciekają, a dźwięk kłapiącego lustra budzi dzieci śpiące w sąsiednim mieście. Za to do studia, czy z góry ustalone kadry krajoobrazowe lub architektury idealnie!

2. Street

Fotografia uliczna to jeden z gatunków fotografii reporterskiej. Innymi słowy fotografujemy to, co się dzieje na ulicach miast. Ludzie przechodzący przez ulicę, grajkowie, zwierzęta domowe. Zwykłe zdarzenia, które zazwyczaj trwają chwilę i prawie nikogo nie interesują. Dobre zdjęcie nadaje im magię i zatrzymuje na wieczność. Większość fotografów wybiera do tego celu aparaty małe, szybkie i dyskretne. Niekoniecznie chodzi o to by pozostać niezauważonym, a raczej o to, by nie zwracać na siebie dużej uwagi. Ogromne body z autofocusem, zoomem i lampą jest bardzo niewskazane, bo wprowadza aurę profesjonalizmu i hmm takiego "on robi zdjęcie". Przeciętny człowiek ma bardzo ograniczone wyobrażenie o tym jak wygląda profesjonalny aparat i profesjonalny fotograf i znacznie mniej obawia się kogoś, kto wygląda jak ciapowaty młodzik (lub młodzika, młodzienica czy jak tam się zwie żeński odpowiednik - równość płci, parytety i co tam jeszcze musi być!) z kompaktem lub z "dziadek miał coś podobnego".

 B - kupujemy kompakt. Całkiem fajnie sprawdza się Olympus z serii XA, Lomo LC-A, czy inne tego typu. Warto jednak zwrócić uwagę na to, by ustawianie czułości nie ograniczało się tylko do sczytywania kodów DX, ale by można było ją ustawić manualnie (pozwoli to na kompensację ekspozycji w przy oświetleniu z tyłu i na forsowanie filmu). Przy odrobinę większym budżecie rozglądamy się za lepszym kompaktem albo za dalmierzem z niewymienną optyką. Tutaj prym wiedzie Canon z modelem Canonet GIII QL17 - dostajemy tryb preselekcji czasu, tryb manualny bez pomiaru światła oraz obiektyw 40/1.7.

R - szukamy kompaktu klasy premium lub dalmierza z wymienną optyką - Voigtlander Bessa seria R lub Leica M bez pomiaru światła (modele M2, M4, M4-2, M4-P, M3 nie ma ramki dla 35mm) oraz obiektyw Voigtlander Color Skopar 35/2.5. Takim sposobem kupiliśmy zestaw na długie lata i nie musieliśmy sprzedawać nerki. Możemy dorzucić do tego kompakt typu Olympus XA lub Mju - zawsze będzie zapasowy, gotowy do działania aparat i/lub na inny rodzaj filmu (innej czułości, kolor lub slajd).

MWPNW - idziemy do banku i wypłacamy sporą ilość gotówki. Pieniądze wkładamy do walizki, którą przypinamy do nadgarstka kajdankami. Tak zabezpieczeni kierujemy się do najbliższego autoryzowanego salonu Leici i kupujemy Leicę MP (możemy zamówić a'la Carte, by pasowało do tapicerki naszego Porsche), Leicę M-A (zapasowe body), Summicrona 35mm ASPH oraz Summicrona 50mm ASPH. Do każdego body po pasku od Harry'ego Benz'a. Całość wrzucamy do skórzanej torby firmy ONA model Berlin II.

NMBBSP - na forum przeczytaliśmy o dalmierzach, a w innym temacie ktoś powiedział, że jakości wielkiego formatu nic nie pobije. Koniec końców kupiliśmy Graflex'a 4x5 cala z dalmierzem, jedną torbę na niego, drugą na kasetki i jesteśmy z tym zestawem szybcy jak niemiecki czołg (dokładniej Maus ugrzęźnięty w bagnie).

3. Portret

Portret jaki jest każdy widzi, choć nie bądźmy ograniczeni tylko do popiersia. Tutaj też będziemy mówić o aktach i generalnie pozowanej fotografii ludzi. Wybierając sprzęt do portretu musimy pamiętać o paru sprawach. Format klatki. Czyli czy ma być kwadrat czy prostokąt (wiem, że kwadrat to też prostokąt!). Jak prostokąt to jaki stosunek boków? 6:7, 2:3, 3:4, 4:5 itd. Jaki format kliszy? Im większy format tym wyższa jakoś i łatwiej uzyskać małą głębię ostrości (BOKEH!!!). W portrecie zazwyczaj to, co fotografujemy jest statyczne, ale być może będziemy chcieli "zamrozić" ruch jakiegoś elementu np. lejącej się wody i będziemy potrzebowali szybkiego czasu, który niekoniecznie znajdziemy w aparacie średnioformatowym. W planowaniu budżetu warto pamiętać o dodatkowym ręcznym światłomierzu (z pomiarem światła błyskowego jeśli planujemy korzystać z fleszy).

B - kłania się małoobrazkowa lustrzanka z obiektywem 50mm i od 85mm do 135mm (lub jej ekwiwalent w innym formacie - zapewni komfortową odległość przy pracy z modelem (choć 50mm to już praktycznie granica komfortu). Przy trochę większym możemy rozejrzeć się za tańszym średnim formatem (Pentacon Six, Kiev). Ewentualnie jakiś TLR, jeśli nie przeszkadza nam brak wymiennej optyki i ogniskowa w okolicach 50mm (w terminologii małoobrazkowej).

R - jeśli średni format nie jest nam potrzebny możemy zostać przy lustrzance na film 135. Warto jednak zastanowić się nad średnioformatowym system w rozsądnej cenie - Bronica, niektóre modele firmy Mamiya (w tym dwuobiektywowce z wymienną optyką).

MWPNW - jeśli kasa nie gra roli to kupujemy aparat marki Hasselblad lub idziemy krok dalej i kupujemy aparat wielkoformatowy - przy najmniejszym, czyli 4x5 cala mamy negatyw ponad 13 razy większy od małego obrazka! Oczywiście o zdjęciach z ręki możemy praktycznie zapomnieć i 3/4 miejsca w naszej torbie zajmują kasety załadowane "szitkami" naszego ulubionego negatywu. 90 % roboty odwala nasz wafel... znaczy się asystent, a nam pozostaje wykadrować, nacisnąć spust i po wszystkim pojechać z modelką na kolację i do hotelu (albo z modelem - równość, parytety i poszanowanie inności musi być!).

NMBBSP - usłyszeliśmy, że Leica to najlepsze aparaty, ale przy ograniczonym budżecie zdecydowaliśmy się na Bessę R2. Zapomniawszy czy chodziło o obiektyw 50mm czy 15mm kupiliśmy Voigtlandera Heliara 15/4.5 i przy robieniu popiersia stwierdzenie, że "naruszamy czyjąś przestrzeń osobistą" jest ogromnym niedopowiedzeniem!

4. Krajobraz/Architektura

No to już się nam nie rusza (chyba, że fotografujemy ćwiczenia batalionu czołgowego, a dokładniej makiety ćwiczebne). Wymagania podobne jak do portretu, dlatego nie będę się tu rozpisywał ze wszystkim od nowa, a zrobię jedynie małą korektę. Zazwyczaj krajobraz jest również tematem zdjęć w podczerwieni, dlatego wybierając aparat warto obczaić, czy będzie się też dobrze sprawował w tej kwestii.

B, R - obiektywy ogniskowej 28-50mm (lub ich ekwiwalent w innych formatach). Przy czarno-białej fotografii krajobrazu praktycznie zginiemy bez kolorowych filtrów, dlatego warto szukać obiektywów o tym samym gwincie filtra, albo kupić filtr do największego, a na mniejsze przejściówkę (nie wkręcajmy jednak przysłowiowego miliona przejściówek bo będziemy mieli winietę!). Zrobienie paru zdjęć będzie wymagało dłuższej wędrówki, więc pamiętajmy by sprzęt nie był za ciężki.

MWPNW - jak przy portrecie. Kupując wielki format działamy troszkę inaczej. Najpierw wędrujemy po górach, ubrani jak Linda w filmie "Prowokator" i robimy próbki polaroidem. Następnego dnia ładujemy sprzęt na plecy "Piętaszka" lub na muła (dobra, rezygnujemy z muła, bo zaraz przyczepią się do mnie obrońcy praw zwierząt - zatem mułowi opłacamy wypoczynek w spa, a koszty potrącamy z wypłaty "Piętaszka". Zatrudniona w ramach parytetu "Piętasznica" dostaje pełną wypłatę i nie nosi sprzętu, bo posiada kompetencje na stanowisko kierownicze i fizyczna praca jest poniżej jej godności) i idziemy robić zdjęcia (jedno, góra trzy).

NMBBSP - Kupiliśmy małoobrazkową lustrzankę i obiektyw 500mm. Jesteśmy gotowi do robienia zdjęć w górach - jednak nie pięknych widoków, a niedźwiedzi z bezpiecznej odległości, zaś w wypadku konfrontacji mamy spory kawałek metalu i szkła do obrony.

Ufff, sporo tego. Ale jakoś się udało. Podane przeze mnie przykłady aparatów w żadnym stopniu nie wyczerpują możliwości. To wierzchołek góry lodowej. Śledźcie nas, bo w miarę upływu czasu pojawi się coraz więcej recenzji sprzętu. Może wśród nich znajdziecie swój aparat marzeń? Jeśli macie inną koncepcję to śmiało! Do odważnych świat należy! Czasem jednak po prostu nie warto wyważać otwartych drzwi. Ani to nie uszlachetnia, ani nie ułatwia życia.

Rych

czwartek, 29 stycznia 2015

Wielcy według Rycha

Jest wielu wielkich fotografów, tak jak było wielkich malarzy (choć o nich o wiele więcej się mówi). Mimo, że wielu z nich już nie żyje, to wciąż są inspiracją i swego rodzaju mentorami dla kolejnych pokoleń fotografów.

Nie twierdzę, że Ci, o których powiem są największymi. Są jednak ważnymi dla mnie twórcami i wciąż uczę się od nich. Wciąż pokazują, jak długa droga przede mną - i w fotografii i w życiu.

Garry Winogrand

Garry Winogrand był amerykańskim fotografem, jednym z przedstawicielu nurtu fotografii ulicznej. Fotografował życie na ulicach  Nowego Jorku, ale nie ograniczał się tylko do swojego rodzinnego miasta. Uznany został za jednego z najwybitniejszych fotografów swojej epoki.

http://c300221.r21.cf1.rackcdn.com/garry-winogrand1928-1984-1352050568_org.jpeg
http://c300221.r21.cf1.rackcdn.com/garry-winogrand1928-1984-1352050568_org.jpeg
Sam Winogrand nie lubił określenia fotografów uliczny i sam siebie zwał fotografem. Prowadził również warsztaty w czasie których uczył sztuki fotografowania zwykłego życia i przedstawiania go w niecodzienny sposób.

Muszę przyznać, że Winogrand jest najlepszym przykładem fotografa, który był w centrum wydarzeń. Większość swoich prac wykonywał obiektywami o ogniskowych 28mm i 35mm, co zmuszało go do pochodzenia naprawdę blisko, do obcowania ze swoim "tematem".

http://erickimphotography.com/blog/wp-content/uploads/2012/08/garry-winogrand-monkeys.png
Jedna z najbardziej znanych fotografii Garry'ego Winogranda http://erickimphotography.com/blog/wp-content/uploads/2012/08/garry-winogrand-monkeys.png

Winogrand zapytany kiedyś, czy nie szkoda mu kadrów, które omijają go, gdy zmienia film (miał ich ogromny przerób). Odparł jedynie "Gdy zmieniam film to nie ma kadrów". To bardzo istotna rzecz. W fotografii ulicznej bardzo dużo zależy od szczęścia, od ludzi, często trzeba robić klatkę za klatką, by któraś z nich wyszła perfekcyjnie (nie kontrolujemy wszak gestów innych osób). Winogrand przypomniał o tym, że mimo wszystko to fotograf jest odpowiedzialny za nadanie fotografii ram. Bez jego działania nie powstanie zdjęcie.

Kolejną istotną rzeczą, której się od niego nauczyłem jest samokrytyka. Dla większości ludzi zdjęcia mają charakter osobisty i nie przywiązują się oni do ich technicznego czy artystycznego efektu. Lekko poruszone zdjęcie pierwszych kroków dziecka będzie bardziej dla nich wyjątkowe, niż fotografia, która zdobyła nagrodę Pulitzera. Podobnie jak zdjęcia wykonane w czasie pierwszej podróży za granicę.

Winogrand miejscami specjalnie czekał rok albo dwa zanim wywołał film, by przestać kojarzyć te fotografie z tym, co go spotkało danego dnia. Pozwalało mu to bardziej krytycznie spojrzeć na ujęcia i wybrać naprawdę te najlepsze, które broniły się same. Nie po opowiedzeniu, jak dobry był burger, którego jadł tamtego dnia.

Zostawił po sobie setki tysięcy fotografii. Tysiące klisz przez niego naświetlonych wciąż czeka na wywołanie.

Robert Capa

Uznany za najwybitniejszego fotografa wojennego wszechczasów. Współtwórca agencji Magnum. Zginął wchodząc na minę w czasie I Wojny Indochińskiej. Sfotografował lądowanie w Normandii, Wojnę w Hiszpanii i inne konflikty.

http://whyart.pl/wp-content/uploads/2014/03/Robert-Capa-4.jpg
http://whyart.pl/wp-content/uploads/2014/03/Robert-Capa-4.jpg
Patrząc na jego fotografie człowiek odnosi wrażenie, że nie bał się śmierci. Ilu z Nas byłoby na tyle odważnych by odwrócić się plecami do gniazd karabinów maszynowych, siejących spustoszenie pośród desantujących żołnierzy? Ilu maszerowałoby ramię w ramię z żołnierzami, wiedząc, że za chwilę może wejść na minę? Ilu miałoby w sobie tyle determinacji by chwilę przed śmiercią wciąż robić zdjęcia, dopóki starczy sił do naciśnięcia spustu migawki? Niewielu.

A on taki był. Musiał. Sam z siebie. Był fotografem wojennym. Można wyciągnąć wilka z lasu, ale lasu z wilka nie wyciągniesz. Walczył również o większe prawa do zdjęć wykonanych przez fotografów prasowych. Dzięki niemu między innymi Copywrith jest rzeczą świętą.

Jego fotografie porażają. Człowiek widzi na nich nie tylko scenę, ale i fotografa, który tam był. Ta myśl paraliżuje. Paraliżuje wyobrażenie świstu kul, krzyków umierających i huków wybuchów. "Jeśli twoje zdjęcie nie jest wystarczająco dobre, to znaczy, że nie podszedłeś wystarczająco blisko".


http://www.magnumphotos.com/CorexDoc/MAG/Media/Home1/b/9/b/2/PAR115311.jpg
Moment śmierci uchwycony na zdjęciu. http://www.magnumphotos.com/CorexDoc/MAG/Media/Home1/b/9/b/2/PAR115311.jpg
 Robert Capa powiedział kiedyś, że największym marzeniem fotografa wojennego jest bezrobocie. Mimo ponad 60 lat od dnia jego śmierci nie zanosi się na to, by zabrakło dla nich pracy.

Helmut Newton

Najbardziej znany fotograf aktów. Fotografował dla Vogue'a, Playboy'a i innych wielkich czasopism. Znanym z niemalże "tresowania" modelek i wykonania wielu fotografii, które stały się ikonami.

Kobiety na jego zdjęciach nie były słabe. Były groźne. Gotowe rozszarpać Ci gardło, a potem zaśmiać się widząc jak konasz. Nawet na zdjęciu kobiety z siodłem na plecach widać kto rządzi w tej sypialni.

http://kulturawplot.pl/wp-content/uploads/2014/10/19.HELMUT-NEWTON-.jpg
http://kulturawplot.pl/wp-content/uploads/2014/10/19.HELMUT-NEWTON-.jpg

 Powyższe zdjęcie przedstawia samego Newtona i jego żonę (siedzącą na krześle). To chyba fotografia, która zrobiła na mnie największe wrażenie. Chodzi o żonę - nie wkurza się, nie robi awantury. Jej wzrok mówi raczej "Suuuuper. Znowu goła baba. Serial mnie ominie". Dla fotografa aktu modelka nie różni się bardzo od widoku gór, dla fotografa krajobrazu. Trzeba umieć odróżnić życie zawodowe od prywatnego. Po tym poznaje się profesjonalistę - chyba, że jesteś Arakim - wtedy sypianie z modelkami jest wręcz wymagane! Do tego jednak warto być Japończykiem (z całym szacunkiem dla mieszkańców tego wspaniałego kraju!).

Kiedyś powiedziałem, że najbardziej lubię akt i fotoreporterkę wojenną (w rozmowie z pewnym byłym zawodowym fotografem, który stwierdził "Patryk, to się dogadamy", gdyż sam zajmował się tymi gatunkami). Koleżanki, którym robiłem kiedyś sesję sprezentowały mi album. Z dedykacją "Obyś nie musiał się brać za fotografię wojenną". Może nie będzie takiej potrzeby.

Bang Bang Club

Bang Bang Club tworzyło czterech fotografów: Greg Marinovich, Kevin Carter Joao Silva oraz Ken Oosterbroek. Greg i Joao wciąż żyją (parę lat temu Silva wszedł na minę w Afganistanie i stracił obie nogi - chwilę po wybuchu wciąż robił zdjęcia. Oosterbroek zginął od kuli w czasie strzelaniny parę miesięcy przed wyborami w RPA, zaś Carter wkrótce po jego śmierci popełnił samobójstwo

Najbardziej znani są z fotografowania upadku apartheidu w RPA, który uwieczniło wybranie Nelsona Mandeli na prezydenta. O każdym z nich można mówić oddzielnie dużo i długo. Kogo bardziej interesuje temat tej czwórki polecam książkę "Bractwo Bang Bang - migawki z ukrytej wojny" (świetna książka opisująca nie tylko ich pracę, ale również przybliżająca obraz społeczeństwa RPA przed wyborem Mandeli na prezydenta. Autorami są Marinovich i Silva. Nakręcono też film na jej podstawie). Każdy z nich był lub jest utytułowanym fotografem, zdobywcą wielu prestiżowych nagród. Każdy pozostawił po sobie przynajmniej jedno zdjęcie, które zatrzęsło światem.

Najbardziej znanym przykładem jest wykonane przez Cartera zdjęcia dziewczynki i sępa z Sudanu. Wybrał się tam z Silvą mając nadzieję na poprawę swojej sytuacji materialnej. Carter był uzależniony od narkotyków i miał problemy z dziewczyną, z którą miał córkę. Chciał za wszelką cenę naprawić wszystko.

http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/b/b8/Kevin-Carter-Child-Vulture-Sudan.jpg
Za to zdjęcie Kevin Carter zdobył nagrodę Pulitzera. http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/b/b8/Kevin-Carter-Child-Vulture-Sudan.jpg
Powyższe zdjęcie wywołało prawdziwą burzę. Świat otworzył oczy na klęskę głodu w Sudanie. Było również impulsem do wznowienia dyskusji o roli fotoreporterów. Czy mają być obojętni na ból i cierpienie?

Coś Wam powiem od siebie. Wkurza mnie, kiedy ktoś wymądrza się na temat, o którym nie ma prawa pisnąć choćby słowa. Nie zrozumcie mnie źle. Denerwuje mnie po prostu, kiedy ktoś mówi co zrobić w takiej, a takiej sytuacji, choć nigdy w niej nie był. A Cartera zaszczuli. Banda pismaków, którzy nosa nie wyściubili zza swojej redakcji wymądrzała się co powinien zrobić Carter. Ładnie ubrane panie z wieczornego programu słały gromy na fotografa. Słowa ode mnie: Przez parę lat niech Wasz dzień składa się praktycznie tylko z widoku ludzi ginących od maczet, płonących naszyjników z opon, kamieni itp. Niech Was wywalą z pracy za narkotyki (nie popieram ćpania w żaden sposób), nie miejcie kasy, Wasz partner, z którym macie dziecko, które jest Waszym oczkiem w głowie nie chce Was znać, a Wy zapożyczacie się u kumpli na wyjazd i robicie zdjęcie, które może odmienić Wasz los. Teraz się przejmujcie, tak, jak nakazywali Carterowi pseudodziennikarze. Dalej tacy wspaniali?

Dobra, coś weselszego. Silva generalnie też się irytował jak ja. A ponadto jeździł w wyścigach samochodowych!

Ich przykład pokazuje jedną rzecz na pewno. Ludzie "normalni" ich nie rozumieli. Nie rozumieli ich "przyzwyczajenia". Nie rozumieli ich obojętności na kolejne trupy, kolejne kałuże krwi. Człowiek jednak do wszystkie się może przyzwyczaić - nawet do widoku śmierci.

Henri Cartier Bresson

Kolejny na liście przedstawiciel nurtu fotografii ulicznej. Właściwie jej ojciec. Współtwórcza agencji Magnum. Podobnie jak Winogrand, Capa, i Carter używał aparatów markii Leica. Twórca pojęcia "decydujący moment". W przeciwieństwie do Winogranda, wolał trzymać się na dystans. Nie wchodził w scenę. Chciał pozostać ukryty. Malowal swoje aparaty na czarno by były mniej widoczne. Używał obiektywu 50mm, twierdząc, że pozwala bardziej wybiórczo kadrować niż używając obiektywu 35mm i trzymać się na większy dystans.

http://totallyhistory.com/wp-content/uploads/2013/06/Henri-Cartier-Bresson.jpg
http://totallyhistory.com/wp-content/uploads/2013/06/Henri-Cartier-Bresson.jpg
Wciąż niedościgniony. Wciąż wzór. Wciąż największa inspiracja dla wielu fotografów ulicznych.

http://momart.org.pl/wp-content/uploads/2014/11/henri-cartier-bresson2.jpg
To jest podręcznikowy przykłąd "decydującego momentu". http://momart.org.pl/wp-content/uploads/2014/11/henri-cartier-bresson2.jpg

Nobuyoshi Araki

Uwielbiam Japonię. Uwielbiam ten język, kulturę oraz fakt, że w Tokio jest mnóstwo sklepów, które specjalizują się w używanym sprzęcie analogowym. Arakiego też uwielbiam. Wielki fotograf, który obecnie zmaga się z rakiem prostaty. Najbardziej znany z przedstawiania na zdjęciach skrępowanych modelek (Kinbaku - japońska sztuka krępowania, dawniej więźniów, obecnie w celach seksualnych).

https://absurdandobscure.files.wordpress.com/2008/02/araki.jpg
https://absurdandobscure.files.wordpress.com/2008/02/araki.jpg
W swoich fotografiach prócz z ludzką seksualnością mierzy się z tematem śmierci (fotografie kwiatów z zaschniętymi jaszczurkami). Śmierć żony była dla niego niezwykle traumatycznym przeżyciem i praktycznie porzucił fotografię. W przejściu tego trudnego okresu pomógł mu... kot jego byłej żony, który przeżył ją o ładnych parę lat. Araki nie boi się eksperymentować - płynnie przechodzi z Leici do Polaroidów, a z nich do upiększania swoich odbitek pociągnięciami pędzla (na przełomie listopada i grudnia 2014 można było podziwiać jego prace w Leica Gallery w Warszawie). Mówi, że spał ze wszystkimi swoimi modelkami (fotografował m.in. Lady Gagę - hmmmmmmm dobry dziadek).

http://strangelove.com.au/wp-content/uploads/2013/02/araki.png
Kinbaku w pracy Arakiego. http://strangelove.com.au/wp-content/uploads/2013/02/araki.png
Jego kobiety są inne niż u Newtona. Nie są zazwyczaj ufryzowanymi modelkami, których każdy szczegół jest dopracowany w najmniejszym stopniu. Często to po prostu "codzienne" kobiety z których zdjęto ubranie. Między innymi to czyni jego prace wyjątkowymi. Przyznaję, ich estetyka nie każdemu się spodoba. Niektórym wydadzą się one obrzydliwe. Jednak Araki dobitnie pokazuje jedną rzecz: Człowiekiem jestem i nic co ludzkie nie jest mi obce.

Oczywiście nie powiedziałem o nich wszystkiego. O niektórych z nich powiedziałem naprawdę mało, niemal napomknąłem. Warto moim skromnym zdaniem choć odrobinę znać powyższe osobistości. Zachęcam do poszukania, do poczytania. Śledźcie co się dzieje w galeriach. Może fotografie jednego z nich zawitają do nich niedługo? Oglądajcie ich prace (najlepiej w albumach!). To wiele daje. Prócz samodzielnego robienia zdjęć, podziwianie prac wielkich jest równie istotnym elementem fotograficznej edukacji.

Rych
 





czwartek, 22 stycznia 2015

Małe cele - wielkie kroki

Ok, znowu przerwa okazała się być dłuższa niż powinna. Bart zaginął mi gdzieś w akcji i nie pali się do pisania, zaś ja od stukotu klawiatury mam popękane bębenki. Na szczęście moje nemezis - szumnie zwane pracą inżynierską zaczyna dogorywać, a ja wyszedłem z odmętów laboratorium.


Po drodze pożegnaliśmy stary 2014 rok, a powitaliśmy nowy - 2015. Jak wiadomo ze zmianą kalendarza pojawiają się noworoczne postanowienia, które zazwyczaj po tygodniu przenoszone są na rok następny.

By nie pozostać w tyle również skrupulatnie przygotowałem sobie parę postanowień, a nawet drobnych planów, które w tym roku chciałbym zrealizować, a wszystkie po to, aby 31 grudnia b.r móc z czystym sumieniem powiedzieć sobie, że rozwinąłem się fotograficznie.

Słowem ogólnym

Zanim przystąpię do wymieniania co sam postanowiłem zrobić, powiem jak zabrałem się do określenia co chcę zrobić. Generalnie zasady te stosuję nie tylko w fotograficznej części swojego życia i w moim przypadku one naprawdę działają.
1. Rachunek sumienia

Innymi słowy trzeba określić co wymaga poprawy. Stwierdzenia typu "wszystko" lub "robię za słabe zdjęcia" do niczego nie prowadzą. O wiele lepiej sprawdza się metoda małych i konkretnych celów, niż wielkich i ogólnych. Dopiero stwierdzenie typu "mam problem z ekspozycją w słabym świetle" stanowi punkt wyjścia i pozwala nam opracowanie rozwiązania tego problemu.

2. Konkretny plan

No właśnie. Wiemy już co chcemy poprawić, a teraz musimy określić jak to zrobić. Generalnie określenie konkretnego planu działania będzie uzależnione od poprawianego aspektu. Pozostając przy przykładzie ekspozycji w słabym świetle wypadałoby trochę więcej uwagi poświęcić teorii i być bardziej świadomym wpływu ilości światła na parametry ekspozycji, ale już chęć poprawienia wyników pary film + wywoływacz wymagać będzie innego zabiegu. Najważniejsze to jednak wiedzieć kiedy będziemy mogli powiedzieć, że osiągnęliśmy cel! Innymi słowy trzeba określić sobie rezultat końcowy do jakiego dążymy .

3. Sumienność

Bez tego ani rusz! Tylko konsekwentne dążenie do celu pozwoli na realizację planu!

O sobie samym

Dobra, obiecałem, że powiedzielę się z Wami swoimi postanowieniami. Wszystkie one wpisują się w zasadę małości i konkretności .

1. Poprawić zdolności "czytania światła": generalnie robienie zdjęć bez światłomierza jest w dzisiejszych czasach uznawane za sztukę z pogranicza czarnej magii. W swojej podstawie jest dość proste i już wielokrotnie korzystałem z zasady słonecznej 16. Chciałbym jednak lepiej określać parametry ekspozycji w kontrastowych scenach i w cieniach. Pozwoli mi to na szybsze wykonywanie zdjęć aparatami manualnymi i pozwoli na lepsze wykorzystanie aparatów bez wewnętrznego pomiaru światła (w tym jednego, na którym szczególnie mi zależy). Tutaj jest jedna droga: wybrać parę film + wywoływacz, poznać na pamięć teorię, zastosować w praktyce - zapisując parametry dla każdej klatki w notatniku (można dodać opis sytuacji świetlnej), a po wywołaniu i skanowaniu ocenić, o ile się prześwietliło lub nie. Kiedy uznam, że się cel osiągnęło - kiedy  na kliszy otrzymam 36 poprawnie naświetlonych klatek, gdzie przy żadnej nie użyłem światłomierza.

2. Mieć aparat zawsze przy sobie: zawsze miałem z tym problem. Nie zawsze mam możliwość spakowania wszystkiego co mi potrzebne do torby, a nie uśmiecha mi się noszenie dwóch. Jeszcze bardziej nie uśmiecha mi się wrzucenie cennego sprzętu do zwykłej torby bez protektorów. Dlatego postanowiłem zainwestować w mały kliszowy kompakt, który nie będzie drogi i nawet w niewielkim futerale nie będzie zajmował dużo miejsca w torbie. Jakiś czas temu kupiłem sobie Olympusa XA2 i bez niego nie ruszam się z domu!

3. Przestać się chować przed ludźmi: miałem z tym problem, bo generalnie zawsze jak wychodziłem na street'a to nawiedzały mnie myśli typu gonić mnie będą, zabiją, pobiją i zgwałcą bo zdjęcia robię. Koniec końców inwestowałem w krótkie teleobiektywy i strzelałem zza winkla jak rasowy paparazzi. Cała zabawa i przyjemność fotografii ulicznej płynąca z bycia w centrum wydarzeń mnie omijała. Dlatego zrezygnowałem z zabierania obiektywów dłuższych niż 50mm i przyjąłem postawę "uśmiechniętej, niegroźnej ciapy" (dzięki temu ludzie nie uważają bym był zdolnym sam zawiązać sobie buty, a co dopiero zrobić zdjęcie im zagrażające). W tym roku postanowiłem korzystać praktycznie tylko z ogniskowej 35mm, co zmusi mnie do podchodzenia jeszcze bliżej. Kiedy osiągnę cel? Kiedy robienie zdjęć obcemu człowiekowi (bez jego wcześniejszej zgody) z odległości 2 metrów będzie dla mnie równie naturalne, co wiązanie sznurówek.

4. Zwiększenie szybkości: w osiągnięciu tego celu pomoże mi uniezależnienie się od światłomierza i polepszenie zdolności "ostrzenia strefowego". Dzięki temu będę mogł ułamek sekundy po podniesieniu aparatu do oka wykonać poprawne technicznie zdjęcie, a więc ostre i dobrze naświetlone, a patrzenie przez wizjer poświęcę tylko na kadrowanie. Cel osiągnę, gdy korzystając z aparatu manualnego nie będę znacząco wolniejszy od autokompakta.

I to by było tyle jeśli chodzi o moje postanowienia noworoczne. Oczywiście wszystko po to by robić lepsze zdjęcia, a mam nadzieję, że przez osiągnięcie tych małych celów poczynię wielkie kroki. Bo to tak jest. O wiele lepiej jest założyć sobie konkretny cel, który pomoże nam w zrealizowaniu wielkiego ogólnego planu. Znacznie łatwiej dotrzymać postanowienia, kiedy po prostu powiemy sobie "chcę schudnąć 5 kilo", niż gdy stwierdzimy "zacznę chodzić na siłownię i będę bardziej fit". Koniec końców będziesz chodzić na siłownię i będziesz bardziej fit, a wszystko po to by schudnąć te 5 kilo.

Rych