niedziela, 12 lipca 2015

Bractwo Bang Bang

Witajcie! Wiem, czas milczenia na tej stronie był dłuższy, niż ustawa przewiduje, ale razem z Bartem mieliśmy więcej zawirowań, niż w Ardenach pod koniec 1944-tego. Dziś na nazwijmy to rozgrzewkę nie będę pisał ani o sprzęcie, ani o technikach, bo przymierzam się do kupna jednego aparatu, a jeśli chodzi o techniki i zdjęcia, to mimo, że starałem się możliwie każdą wolną chwilę poświęcić na jakieś zdjęciowanie, to udało mi się na razie uzyskać to, że mam ze cztery czy pięć aparatów, w których siedzi niedokończona rolka filmu, a brak chemii i chęci tłuczenia się po nią do sklepu wcale mnie nie pośpieszał.

Koniec wstępu - czas do roboty. Kiedy piszę tego posta, to Bart zapewne dziarsko sobie podróżuje swoim automobilem w kierunku Warszawy, coraz bardziej oddalając się od Wrocławia. Prócz stukania w klawiaturę, podejrzliwie spoglądam za okno i zastanawiam się czy deszcz będzie za godzinę, za osiem, czy w ogóle za trzy dni. No ja pierdzięlę, jak ja takiego czegoś nienawidzę! Parę dni skwaru, że głównym problemem w wyborze knajpy jest to, czy posiada ona klimatyzację, a nie jakie piwo tam mają, a potem dni takie, że człowiek zastanawia się czy brać kajak, czy już trzeba wodować galeon i mustrować załogę, by nie skończyć w Luku Davy'ego Jones'a.

Ale nie o pogodzie miałem mówić, a o czym innym. Jednak jak już nastanie wieczór, taki, że wyjście z domu wiążę się koniecznością ubrania się jak na kuter rybacki, ewentualnie po prostu się nie chce w skwarze ruszać z leżaka, to warto sięgnąć po książkę.

Książkę nie byle jaką, bo książkę, którą można zaliczyć trochę do autobiografii, trochę do biografii, trochę do dobrze napisanej powieści, trochę do dokumentu. ""Bractwo Bang Bang - Migawki z ukrytej wojny" napisane przez dwóch jeszcze żyjących członków owego słynnego bractwa, czyli Grega Marinovicha i Joao Silvę to moim zdaniem pozycja obowiązkowa dla ludzi, którzy pasjonują się fotografią. Można niekoniecznie przepadać za fotografią reporterską i dokumentacją konfliktów, ale wydarzeniom, które doprowadziły do wyboru Nelsona Mandeli na prezydenta RPA i wykonanym w tamtym okresie zdjęciom, nie można odmówić wagi.

Ryan Phillipe, znany z takich klasyków jak "Koszmar minionego lata" oraz "Szkoła uwodzenia", jako Greg Marinovich

Zanim jednak przejdę do samej książki, to powiem coś, co pewne wielu z Was uzna za straszną herezję. Bowiem polecam zrobić tak - zanim sięgniecie za książkę, to obejrzyjcie film. Jeśli zrobicie odwrotnie to obejrzenie naprawdę fajnie zrobionego filmu będzie dla Was mało przyjemne bo będziecie się krzywić na pewne rzeczy, wynikające z ograniczenia pojemności filmu, a po przeczytaniu książki parę rzeczy stanie się dla Was jaśniejsze.

Malin Akerman w roli Robin Comley. W rzeczywistości Robin była blondynką i nie była w związku z Gregiem.

O bractwie mówić wiele nie będę. Już wcześniej napisałem co najważniejsze, a wypisywanie suchych notek biograficznych mija się z celem, a co ciekawszych rzeczy dowiecie z filmu i książki.

Samą książkę warto przeczytać nie tylko dlatego, że ukazuje sylwetki czwórki wybitnych fotografów. To bardzo przystępnie zaserwowany obraz ówczesnej (a miejscami i wcześniejszej) Republiki Południowej Afryki. To obraz społeczeństwo, w którym podziały rasowe nie były tylko na papierze, ale były one wpajane niemal od najmłodszych lat. To obraz kraju, który niczym jeszcze niewiele ponad 20 lat temu, był krzywozwierciadłowym odbiciem Niemiec lat trzydziestych.

To również wejście w świat fotografów wojennych (tak, tam była wojna na dobrą sprawę, ale nie tylko o Afryce mówi książka). Świat, gdzie zdjęcie płonących słów "NO PEACE", oglądane przez jakiegoś randoma przy porannej kawie jest tylko czubkiem góry lodowej. W świat gdzie aparat i legitymacja prasowa nie czynią kuloodpornym.

To też opowieść, która zadaje pytania i wymaga od Nas odpowiedzi. Jednak by na nie odpowiedzieć musimy postarać się zrozumieć i chociaż myślami wyjść poza fotel, lampkę wina i problem, że nie wiem jakiego operatora komórkowego wybrać.

Jednak jest to też opowieść o przyjaźni, o smutku po stracie przyjaciela. Opowieść o tym jak z dezertera i DJ-a zostać autorem jednego z najsłynniejszych zdjęć świata. Historia o komisie, gdzie wszyscy kupowali sprzęt, dziurze w migawce i godzinach spędzonych przy czymś co miało być komputerem, podłączonym do czegoś co było praprzodkiem internetu i pozwalało przesłać zdjęcie do redakcji.

Innymi słowy sięgnijcie. Na razie niebo w miarę czyste. Prognozy nie są złe. Im jednak przestałem wierzyć już dawno.

Rych

piątek, 17 kwietnia 2015

Magnum Contact Sheets

Powszechnie wiadomo, że najwięcej w fotografii nauczymy się przez praktykę. Nic nie zastąpi dzisiątek zdjęć, które wykonaliśmy, przeanalizowaliśmy pod kątem błędów i puściliśmy do oceny osobom postronnym, które wytknęły nam błędy przez nas niezauważone.

Czasem jednak pogoda, choroba, albo zwykłe ograniczenie czasowe nie pozwala uczyć się przez praktykę. W takich chwilach wolny czas warto poświęcić na nauczenie się teorii.

Nie, nie chodzi o czytanie setny raz o zależności między przesłoną, a głębią ostrości, czy kolejny raz przypominanie sobie zasady wyznaczanie mocnych punktów. Czasem warto zostawić czysto techniczne podręczniki i zdjąć z półki album.

Albumy - wielkim zwolennikiem inwestowanie w nie jest Eric Kim, który twierdzi, że nowy album więcej wniesie do warsztatu fotografa, niż kolejny aparat.

Z albumami są jednak pewne problemy. Są wielkie, ciężkie i niektóre cholernie drogie. To nie są książki do poczytania w autobusie. To książki do domu, do oglądania przy biurku.

Ale mniejsza o techniczną stronę. Dziś przedstawię swój ostatni zakup - Magnum Contact Sheets.


No cóż, to jest kawał książki, a i tak jest to wydana w 2014 roku kompaktowa wersja oryginału z 2011 roku. O ile nazwa Magnum była już przeze mnie wspominana (jest to niezależna agencja zrzeszająca fotografów) to co oznacza Contact sheets?

Ok, "contact sheets" to na nasze "stykówki". Stykówka to jest to rodzaj odbitki, powstający przez położenie negatywu na papier i naświetlenie go. Otrzymujemy wtedy serię pomniejszonych odbitek o wielkości klatki użytego negatywu. Dawniej wykorzystywano je do ogólnego przejrzenia zawartości danej kliszy i wybrania najlepszych ujęć, wstępnego zaplanowania kadrowania itp.

I to właśnie jest najbardziej w tej książce niezwykłe. Nie przedstawia tylko najlepszych ujęć - przedstawia też najbardziej surowy z możliwych obrazów ogólnej pracy danego fotografa. Możliwość spojrzenia na stykówki mistrzów fotografii przypomina trochę zaglądanie w rękawy iluzjoniscie i oglądanie jego sztuk od kuchni.

Ten fakt czyni z Magnum Contact Sheets materiał niemal obowiązkowy, dla wszystkich fotografów zajmujących się fotografią reporterską. 

Po pierwsze, rozbija w dużej mierze otaczającą legendy aurę "ponadzwykłośmiertelnikowości" - widzimy, że również uznani fotografowie robili też zdjęcia słabe, często tuż obok tych uznanych za genialne.

Czy to oznacza, że byli lub są mniej genialni, niż większość ich uznaje? Nie! Po prostu pokazuje, że ich dzieła były wynikiem ciężkiej pracy, a nie tylko dużej ilości szcześcia. Stykówki pokazują, że w trakcie pracy nad tematem mieli różne koncepcje, chcieli spróbować różnych kadrów i dopiero potem wybierali te najlepsze.


Nie oznacza to jednak bezmyślnego pstrykania. Pokazuje to, że świetne ujęcie jest wynikiem pracy nad sceną i następnie umiejętnej i obiektywnej oceny własnej pracy, celem wybrania najlepszych ujęć.

Po drugie, pokazuje, że naświetlenie negatywu i wywołanie go nie oznacza końca pracy nad kadrem. Wielokrotnie zauwazyć można zauważyć przekadrowywania ujęcia (przy pracy z powiększalnikiem tak czy owak zawsze trochę przytniemy kadr).

Po trzecie - no cóż, oglądanie i analizowanie fotografii Wielkich zawsze było i będzie dobrym sposobem na polepszenie własnego warsztatu. Erwitt, Burri, Bresson, Capa - chyba nie trzeba mówić więcej. Warto również wspomnieć o Josefie Koudelce i jego kadrach z wkroczenia wojsk radzieckich do Pragi, zdjęciach Beatlesów i kulisach powstania słynnego zdjęcia Aliego.

Czy polecę? Oczywiście! Nie tylko świetnie sprawdzi się w roli fotopomocy dydaktycznej, ale również uprzyjemni chłodniejszy i spokojniejszy wieczór. Niewątpliwie jest to pozycja solidna - ponad 500 stron na kredowym papierze, w twardej okładce z prostą obwolutą. Nie pożałujecie.

Rych

czwartek, 26 marca 2015

O pomiarze światła

Kwestia pomiaru światła jest rzeczą, która potrafi solidnie uniemożliwić spokojny sen fotografującego. No bo jak w końcu zrobić to poprawnie? Gdzie, jak i czym mierzyć, aby po wyjęciu kliszy z koreksu nie uzyskać negatywu niedoświetlonego, prześwietlonego, albo naświetlonego poprawnie, ale niekoniecznie tak, jak to sobie wymyśliliśmy? Nie jest to zbyt proste, ale jest prostsze niż się wydaje.

Coś pada, coś się odbija

Zanim przejdziemy do kwestii praktycznych, najpierw musimy pochylić się nad teoretycznymi aspektami pomiaru światła. Z fotograficznego punktu widzenia jesteśmy w stanie zmierzyć dwa rodzaje światła widzialnego - światło odbite (reflected) i światło padające (incident). Światło odbite mierzą wszystkie światłomierze wbudowane w aparaty fotograficzne (zarówno analogowe, jak i cyfrowe), zaś do pomiaru światła padającego potrzebny jest zewnętrzny światłomierz.

Teraz kwestia w sumie najistotniejsza - światłomierz mierzy światło w taki sposób, że uznaje, iż mierzone światło ma na zdjęciu być w tonie tzw. middle grey. Eeee... dobra, lepiej to zrozumieć na prostym przykładzie.

Wyobraźmy sobie trzy dziewczyny: jedna w bluzce czarnej, druga w szarej (dokładnie w middle grey), trzecia w śnieżnobiałej. Stawiamy je obok siebie i robimy im zdjęcie. Jeśli dokonami pomiaru światła odbitego z bluzki czarnej, to zdjęcie wyjdzie nam prześwietlone, a czarna bluzka będzie szara na zdjęciu, jeśli z białem, to zdjęcie będzie niedoświetlone - bluzka została uznana przez światłomierz, za to, co ma być middle grey. Koniec końców bluzka jest szara, a dziewczyny mają mocno ściemnione twarze.

Teraz już chyba brzmi to jaśniej. Innymi słowy obszar kadru, w którym mierzymy światło, powinien być obszarem, który chcemy, aby na zdjęciu wyszedł jako ten średnio szary. Jest możliwość kupienia specjalnych kart w tym kolorze i z nich ściąga się pomiar w danych warunkach oświetleniowych.

Bardzo dobrze w codziennej fotografii (ulica, bardziej ogólne sceny w pomieszczeniach) sprawdzać się będzie pomiar światła padającego. Teraz pytanie dlaczego?

Po prostu pozwala to miejscami na zachowanie bardziej naturalnych tonów w kadrze oraz pozwala wyeliminować kwestię średniej szarośći.

Światło pada na wszystko w danych warunkach w taki sam sposób, ale odbija się w różnym stopniu. Stąd widzimy czarny i biały, jak i tony pośrednie. Teraz, wracając do przykładu z paniami w bluzkach, przy założeniu, że wszystkie stoją w tym samym świetle, wystarczy zmierzyć światło padające i po sprawie. Czarne będzie - czarne, a białe - białe.

Urządzenia drogie, tanie i organiczne

Wiemy już jakie mamy rodzaje światła i jak sposób wykonywania pomiaru wpływa na zdjęcie. Pytanie jednak, co możemy wykorzystać do mierzenia.

Po pierwsze, wspomniane już światłomierze wbudowane w aparat. Aby dobrze z takiego korzystać, musimy wiedzieć z jakiego obszaru kadru czyta światło oraz pilnować by mierzyć z w miarę jednolitego obszaru i nie granicy światła i cienia oraz z powierzchni błyszczących - chromowane i wypolerowane zderzaki.

Jeśli chodzi o pomiar światła padającego to już jest trochę mniej wesoło - głownie dlatego, że urządzenia, oferujące wygodny i dobry pomiar są stosunkowo drogie (podstawowe to wydatek około 3 stów, lepsze sporo więcej). Te droższe są wyposażone w funkcję pomiaru światła błyskowego, co może bardzo ułatwić życie! Odradzam sięganie po starsze światłomierze selenowe (do dostania za równowartość paczki papierosów). Poprawności, w wykonywanych przez nie pomiarach, jest tyle, co w przeciętnym artykule w Cosmo typu "Jak zadowolić faceta" - No cholera, w ogóle!

Stary światłomierz selenowy - tani jak barszcz, ale praktycznie nie do użytku

Dobra wiadomość dla posiadaczy smartfonów. Są aplikacje, które pozwalają na wykonanie takiego pomiaru. Wykorzystują one :przedni: aparat jako sensor. Wadą jest fakt, że nie są to najdokładniejsze urządzenia, oraz, że obsługa ich przypomina trochę krojenie czerstwego chleba tępym mieczem dwuręcznym - niby da się, ale nie jest to najlepszy pomysł.

 O ile beeCam w moim przekonaniu jest prostszy i szybszy w użytkowaniu od LightMeter'a, to ta druga aplikacja pozwala na mierzenie światła odbitego (ciekawa opcja z zoomem pozwalająca na precyzyjniejsze określenie miejsca pomiaru).

Może również odwołać się do dawnych technik, których poznanie pozwoli nam osiągnąć dwunasty krąg wtajemniczenia dwudziestej loży masońskiej. Na poważnie, to po prostu jakoś kiedyś ludzie robili zdjęcia, a większość aparatów do lat 60 nie miała wbudowanego światłomierza. Jak? Ano tak (w najdokładniejszej możliwej formie) brzmi główne twierdzenie zasady słonecznej 16:

W słoneczny dzień, w okresie od wiosny do jesieni, w czasie między dwiema godzinami po wschodzie słońca i dwiema godzinami przed zachodem, ustaw przesłonę na f16, a czas na najbliższą wartość odwrotności czułości używanego filmu.

Przykład: Stoimy na placu zamkowym i robimy zdjęcie komuś, kto stoi twarzą do słońca (my plecami do słońca). Jest bezchmurne niebo, czerwiec, godzina 13. Mamy film ISO 400. Ustawiamy czas na 1/500 (najbliżej 1/400) oraz przesłonę na f16. 

A co z pozostałymi warunkami świetlnymi? Skonsultujmy się z poniższą tabelką:


Ważna rzecz - zasada ta opiera się o światło padające, a nie odbite. Wyjątkiem wydaje się być przykład ze śniegiem lub piaskiem (oba bardzo mocno odbijają światło i zastosowanie f16 może grozić prześwietleniem).

Jeśli mamy problem z określeniem co jest co, to warto spojrzeć na swój cień. Jeśli ostry i wyraźny - 16, rozmyte brzegi 11, już słabowity - 8, a gdy go nie ma to 5,6.

W przypadku wątpliwości warto zastosować bracketing lub chociaż prześwietlić o pół działki (film lepiej znosi prześwietlenie, niż niedoświetlenie). 

Pamiętajcie też, że powyższa zasada nie jest tylko ostatnią deską ratunku, w momencie, gdy padnie bateria. Pozwala ona na bardziej świadome patrzenie na scenę pod względem rodzaju światła oraz otwiera nowe możliwości sprzętowe (Leica M3 :)?). Warto się do niej odwołać nawet wtedy, gdy mamy pełnosprawnie działający światłomierz w aparacie, bo jest naprawdę łatwo oszukać, co kończy się skopaną klatką - wszak aparat, w przeciwieństwie do Nas, nie wiem jak ma wyglądać zdjęcie!

Oj, się rozpisałem. Trochę przeraża fakt, że to tak naprawdę wierzchołek góry lodowej. Warto jednak przyswoić sobie powyższe informacje. To naprawdę ułatwia życie.

Rych

czwartek, 19 marca 2015

Wywoływanie negatywu czarno-białego

Rzeczą, która sprawia ogromną satysfakcję w fotografii analogowej, jest możliwość samodzielnego wywołania negatywu czarno-białego. W przeciwieństwie do procesu kolorowego, czy filmu odwracalnego, jest to naprawdę prostsze niż się wydaje. Nie tylko pozwala nam zaoszczędzić pieniądze, ale również daje nam kontrolę nad finałowym efektem, bo zmieniając chemię i parametry, możemy uzyskać bardzo różny efekt końcowy.

Zatem, jak się do tego zabrać?

Co potrzeba?

1. Ciemnia

Bez paniki. Jeśli nie możemy przeznaczyć na ciemnię całego pomieszczenia na stałe, to wciąż mamy możliwość uzyskania pomieszczenie całkowicie ciemnego. Na czas wyjmowania filmu ze światłoszczelnej kasetki możemy tymczasowo zaciemnić np. łazienkę. Idealnie do tego nadadzą się grube arkusze czarnej tektury lub inny podobny materiał. Pamiętać należy jednak o tym, że do pomieszczenia nie mogą dochodzić żadne promienie światła! Nawet delikatny prześwit pod drzwiami może zrujnować nam film!

Jeśli nie chce nam się ciągle zaciemniać pomieszczenia możemy zaopatrzyć się w specjalny changing bag - swego rodzaju światłoszczelny worek z rękawami w którym możemy załadować film do koreksu.

2. Sprzęt i chemia

Do wywołania kliszy potrzebować będziemy odpowiedniego sprzętu. Polecam popytać po znajomych, bo być może u kogoś po piwnicach, strychach i szafkach przewracają się choć niektóre z nich. Konkretnie potrzebujemy:
  1. Koreks - warto wybrać taki, który nie ogranicza nas do jednego formatu kliszy. Zazwyczaj koreksy pozwalają na wywołanie dwóch rolek kliszy małoobrazkowej lub jednej średnioformatowej (dokładniej jednej 220 i czasem 2 formatu 120 nawiniętych na rolkę jedna za drugą).
  2. Termometr
  3. Cylinder miarowy na minimum 500 ml
  4. 2-3 zlewki szklane na przynajmniej 600 ml
  5. Klipsy do suszenia i ściągaczka do wody
  6. Strzykawki plastikowe
  7. Butelki na chemię
  8. Wywoływacz
  9. Butelka octu spirytusowego
  10. Utrwalacz
  11. Zwilżacz
  12. Dostęp do bieżącej wody
 Proces

  1. Film nawinąć na szpulę koreksu i załadować koreks. Po upewnieniu się, że koreks jest dobrze zakręcony, możemy zapalić światło.
  2. Chemię przygotować zgodnie z zaleceniami producenta. Najlepiej zrobić to parę godzin wcześniej, jeśli używamy chemii w postaci rozpuszczalnych proszków.
  3. Przygotować zlewkę z wywoływaczem (w wybranym rozcieńczeniu i temperaturze), przerywaczem - 2% roztwór kwasu octowego i wywoływaczem.
  4. Wlać wywoływacz do koreksu, zacząć mierzyć czas.
  5. Poruszać koreksem w zadany sposób i w zadanych interwałach.
  6. Na 5-10 sekund przed zakończeniem wywoływania zacząć wylewać wywoływacz.
  7. Wlać przerywacz. Intensywnie mieszać przez około 30 - 60 sekund
  8. Wlać utrwalacz - poruszać podobnie jak przy wywoływaniu, a nawet intensywniej.
  9. Zlać utrwalacz
  10. Płukać pod bieżącą wodą o wybranej temperaturze. Czas płukania mieści się w przedziale 10-30 minut w zależności od temperatury wody i marki negatywu.
  11. Po zakończeniu płukania, wlać roztwór zwilżacza i poruszać koreksem około 70 sekund.
  12. Na koniec rozwiesić film w miejscu wolnym od kurzu ściągnąć nadmiar wody ściągaczką i pozostawić na kilka godzin.

Uwagi

Dobra, trzeba co nieco dodać do tej instrukcji. Po pierwsze rozcieńczenie wywoływacza - im wyższe stężenie wywoływacza, tym krótszy czas wywoływania, ale przez wyższą agresywność chemii większe ziarno i kontrast. Rozcieńczenia są zapisywane w następujący sposób - x części roztworu roboczego wywoływacza + y części wody. Przykładowo zapis 1+50 oznacza jedną objętość wywoływacza na 50 części wody, czyli np. 8 ml wywojki i 400 ml wody. Następnie kwestia mieszania - im częściej i mocniej tym większy kontrast, im rzadziej i delikatniej tym bardziej wyrównawczo. Nie można przesadzać w jedną ani drugą stronę, choć w istocie zależy to od efektu jaki chcemy uzyskać.  Kolejna sprawa suszenie - brońcie bogowie by suszył ktoś suszarką do włosów! Film się poskręca, a drobinki kurzu wejdą w emuslję i w niej zostaną na wieki wieków! Ja osobiście robię to tak - skonstruowałem sobie suszarnię z kotary prysznicowej, kawałka litej tektury i wieszaka. Tam przed wstawieniem filmu na około minutę wstawiam czajnik z wrzącą wodą - para wodna wiąże kurz z powietrza. Następnie rozwieszam film i zostawiam na noc. Rano zdejmuję, tnę na paski odpowiedniej długości (film 135 na 6 klatkowe paski) i pakuję do koszulek pergaminowych.

No, dotarliśmy do końca. Każdy w sumie wywołuje trochę inaczej niż inni.Ważne jest to aby wypracować sobie powtarzalność, coś pozwoli nam na większą kontrolę nad końcowym efektem. Zachęcam do spróbowania.

Jednak ostrzegam. Kto raz do ciemni wejdzie, to już najpewniej w niej zostanie.

Rych

czwartek, 26 lutego 2015

Zgoda, a niezgoda. Prawo, a lewo

W ostatnim poście wspomniałem co nieco o tym, że ludzie generalnie nie reagują na zdjęcia w sposób wrogi. Trzeba jednak pamiętać o tym, że są pewne wyjątki od reguły. 

Ostatnio czekając na tramwaj, kręcąc się po pustym przystanku jak lew w klatce, wybitnie się nudziłem. Na szczęście po chwili pojawiło się coś ciekawego, a dokładniej ktoś, bo pani z plecaczkiem rozmawiająca przez telefon.

Przysiadła sobie na ławeczce i dalej prowadziła rozmowę. Dyskretnie wyciągnąłem aparat z torby, ustawiłem czas i przesłonę oraz możliwie najdokładniej ostrość "na oko". Kiedy w końcu ustawiłem się do kadru, ułamek sekundy przed naciśnięciem spustu spojrzała w moją stronę. Pstryknąłem, ale to co się stało chwilę później przerosło moje najśmielsze oczekiwania.

Wspomniana pani podskoczyla jak oparzona, po czym zaczęła krzyczeć "Proszę nie robić mi zdjęcia!". Odsunąłem się, odparłem z uśmiechem "ok", zaś ona powtórzyła to jeszcze trzy razy, po czym odeszła z przystanku i na tramwaj czekała kilkanaście metrów dalej.

Ok, pewnie część z Was myśli "Rych, co się dziwisz, przecież tak nie wolno! Przestraszyłeś biedną kobiecinę!".

Nie wolno powiadacie? No nie do końca.

Warto to sobie wyjaśnić, bo powyższa historia jest dobrym przykładem sytuacji, która zniechęca wiele osób do fotografii ulicznej. Zupełnie niesłusznie.

NIE MA w polskim prawie przepisu zabraniającego fotografować osobę bez z jej zgody w przestrzeni publicznej. Koniec.

Zgoda osoby sfotografowanej jest potrzebna tylko do publikacji zdjęcia i to tylko, jeśli osoba na zdjęciu jest rozpoznawalna i stanowi główny element zdjęcia. Ponadto, za zgodę uznaje się również brak wyraźnej niezgody, choć jak wyjaśnił mi znajomy w prawie siedzący, osoba sfotografowana może niezgodę wyrazić po opublikowaniu zdjęcia, bo w streetphoto często obiekt jest nieświadomy, że zrobiono mu zdjęcie.


Co ciekawe, znacznie częściej kobiety reagują w taki sposób, jak opisałem wyżej. No, to jednak mniej istotne.

Oczywiście należy zachować zdrowy rozsądek. Bieganie za kimś i pstrykanie bez opamiętania po chwili będzie podchodziło pod nękanie. Najlepiej po prostu pstryknąć, uśmiechnąć się i pójść dalej.

A jak ktoś za Wami pójdzie i usłyszecie "Przepraszam. Czy pan/i mi zrobił/a zdjęcie?"

To nie twórzcie, tylko się przyznajcie, powiedzcie coś miłego i dodajcie, że zdjęcie to może ujrzy światło dzienne za jakieś 70 lat, gdy Wasze wnuki sprzedadzą je do archiwum lub wystawią na aukcję. Albo udawajcie, że nie rozumiecie i mówcie tylko po obcemu, to najpewniej człowiek machnie ręką i sobie pójdzie.

W fotografii ulicznej jesteśmy skazani na interakcję z ludźmi (chyba, że ograniczymy się do psów i miejskich krajobrazów). Warto więc poznać, jak wyglądają pewne kwestie od strony prawnej, bo gdy uśmiechy i miłe słowa zawiodą, to po Waszej stronie stoją paragrafy.


Pamiętajmy jednak o tym, że by być ludźmi. To bardzo pomaga. Nie tylko w robieniu zdjęć.

Rych


poniedziałek, 16 lutego 2015

Fotograficzna autoterapia

Autobus czy inny tramwaj. Słuchawki na uszach. Siedzi na siedzonku, okulary przeciwsłoneczne na twarzy i patrzy gdzieś przez szybę, nie zwracają uwagi na ludzi. Wychodzi. Idąc do celu wymija kolejne osoby patrząc bardziej pod nogi niż przed siebie. Gdy uważa, że jest za dużo ludzi, natychmiast szuka ucieczki. 

Kojarzycie? Z całą pewnością znacie przynajmniej jedną taką osobę. To ja. Właściwie, ja kiedyś.

Bez bicia przyznam, że ciężko mnie było uznać za osobę lubiącą ludzi. Nigdy nie przepadałem za tłumami, szerokim łukiem omijałem imprezy masowe, miejsca gdzie gromadziły się tabuny młodzieży (słynny w czasach liceum Hel). Kiedy powróciłem do fotografii analogowej, właściwie z przypadku zupełnego, zacząłem się interesować fotografią uliczną. Kwiatki, krzaczki i widoczki jako takie mi się znudziły, na portrety modelek szukać mi się nie chciało, a do Afganu jako korespondenta żadna gazeta mnie wysłać nie chciała (do dziś nie wiem czemu).

Trochę o tym gatunku wspominałem. Nie będę jednak wchodził w encyklopedyczne szczegóły. Nie będę też rozckliwiał się, jak to fotografia zmieniła moje życie, jak dzięki niej odniosłem życiowy sukces, stałem się piękny, bogaty i wymyśliłem lekarstwo na rak.

Po prostu coś Wam opowiem.

Jakieś dwa lata temu myślałem, że nie ma lepszego obiektywu do streetu niż 135mm. Nie jest na tyle długi, by trzeba było używać statywu, a pozwala zachować dość duży dystans od fotografowanej sceny.

Wybitnie nie chciałem być blisko. Stałem sobie gdzieś z boku i się rozglądałem. Szukałem, wytężałem wzrok, patrzyłem przez wizjer, niczym snajper przez lunetę szukający celu. A jak jakiś upatrzyłem, to strzelałem. Potem zmieniałem miejsce.

Ale coś było nie tak. Dopiero po przestudiowaniu fotografii Wielkich, zrozumiałem, że nie tędy droga. Okazało się, że używając tele popełniam większą gafę, niż mówiąc "Elo stara!" witając królową Wielkiej Brytanii.

Zdjęcie generalnie średnie. Pomijając fakt, że fotografowanie bezdomnych jest cliche, a sam kadr niby ratuje gest kobiety na drugim planie i napis "alkohole", to po prostu czuć, że zdjęcie jest "odległe".
Inna sprawa, że korzystając z teleobiektywu, miałem z tyłu głowy jakieś poczucie winy - skoro nie chcę być zauważony, trzymam się z boku, to robię coś złego. Jak mnie wykryją, to będzie niemiło. Ja nie lubię jak jest niemiło.

Koniec końców, stwierdziłem, że jednak trzeba się przełamać, bo się z miejsca nie ruszę. Zacząłem więc od obiektywu 50mm.



Już trochę lepiej. Zauważyłem ponadto dwie rzeczy. Po pierwsze, większość ludzi naprawdę nie reaguje na robienie im zdjęć w sposób wrogi. Po prostu, albo nie zwracają na to uwagi, albo odwracają się (dobrze jeśli zrobią to po fakcie - trzeba być szybkim). Po drugie, ludzie potrafią być mili. Trzecią rzecz jeszcze zauważyłem, a to tyczy się personalnie mnie.

Aparat stał się moim paszportem. Moim uściskiem ręki na przywitanie z ludźmi, z którymi bez niego pewnie nie zamieniłbym dwóch słów. Z ludźmi, których bym najpewniej nie zauważył.

Jak z tą dziewczyną z papugą. Stary ja pewnie nawet nie zwróciłby na nią uwagi. Przeszedł by koło niej, albo zacząłby rzucać joby na prawo lewo pod hasłem "kto normalny wychodzi z papugą na gonitwę na Służewcu?!". Obecny ja chwilę po zauważeniu jej podbiegł i się spytał czy może zrobić zdjęcie. Efekt powyżej.

Teraz staram się podchodzić jeszcze bliżej, bo obiektyw 35 mm okazał się być jeszcze wygodniejszy w tej robocie (kiedy indziej opowiem dlaczego, bo wynika to między innymi z jego konstrukcji).

I wiecie co? Teraz mi po prostu jakoś weselej. Dalej wkurza mnie buractwo i prostactwo. Dalej mnie wiele rzeczy w ludziach denerwuje i dalej zachowuję przez większość czasu dystans. Jednak teraz zamiast się irytować dziwnymi ludźmi, to robię im zdjęcia, zamienię dwa słowa i idę dalej. I zdjęciom to wyszło na dobre.


Dlatego wszystkim, którzy się boją i chodzą z wielkim tele, czy zoomami, jedną rzecz poradzę. Zwykła, dobra stałka. Krótka. I odrobinę odwagi i przełamania. Zobaczycie, to nic trudnego, a i jakoś tak zwykła podróż autobusem z czasem przestanie być utrapieniem.

Rych

czwartek, 12 lutego 2015

Bo wspomnienia są faux pas

Poranek. Jeszcze nie przejrzawszy na oczy, ruchami godnymi niedźwiedzia przedwcześnie obudzonego z zimowego snu, sięgam ręką po smartfona. Chcę sprawdzić pogodę i czy przypadkiem nikt nie próbował się do mnie dobijać. Widzę u góry małą ikonkę duszka. Ku***, miejmy to za sobą: ktoś siedzi na kiblu "poranek", kolega strzelił selfie "#dzieńdobry", koleżanka wysłała mi fotę swojej kawy "kawusia tak bardzo".

Znacie to? Może niektórzy tak. Jednym się to podoba, innych obchodzi to mniej niż konsekwencje wojny radziecko-afgańskiej.

Ostatnio przeczytałem pewien artykuł, do którego link zamieszczam poniżej.

Jesteśmy pokoleniem, które jest najbardziej obfotografowanym pokoleniem w historii. Ilość zdjęć jakie robimy jest ogromna. Nie tylko fotografii nazwijmy to artystycznej. My się dosłownie komunikujemy przy pomocy obrazów (trochę w sumie jak ludy pierwotne nieznające pisma). A za parę lat pozostanie z tego jedno wielkie nic.

Fotograficzny zapis naszych czasów jest równie nietrwały co związki przeciętnych nastolatków. Jest na chwilę w porównaniu z analogowym zapisem i próby jego permanentnego utrwalenia spotykają się ze swego rodzaju ostracyzmem. "Po kiego drukować - na kompie się obejrzy", "Albumy zajmują miejsce", "Odbitki kosztują krocie". Parę razy to słyszałem. O parę razy za dużo.

Łatwiej i taniej kupić dysk zewnętrzny (bo płytki to problem, nagrywać się nie chce i miejsce zajmują). Tylko, że za parę lat to najwyżej będzie można go użyć jako przycisku do papieru. Odsyłam do artykułu powyżej.

No i jeszcze Snpachat - pięknie wpisuje się w filozofię czasów, gdzie wszystko jest na chwilę. Dziesięć sekund i puff! Nie ma foty. A zrobienie screenshota powoduje, że nadawca dostaje powiadomienie. Serio? Do tej pory jak wysyłałem komuś MMSa to liczyłem się z tym, że on sobie go zapisze, zostawi itd. Jednak chyba na tym polega zabawa, a ja się po prostu nie znam i jestem zdziadziały.

Może jestem, ale jak widzę liczby przy niektórych nickach to mi się słabo robi. Tysiące snapów! Tysiące zdjęć, których już nie ma. A za którymi przyjdzie zapłakać.

Dobra, sam nie jestem bez winy, ale już się uspokoiłem. Chodzi o co innego.

Chodzi o to, że mam wrażenie, iż dla wielu ludzi wspomnienia przestały mieć wielką wartość.

Ja mam proste założenie: chcę coś utrwalić na przyszłość - robię temu zdjęcie. Coś jest niewarte zachowania - nie robię temu zdjęcia.

A jak czemuś robię zdjęcie to mam zamiar do tego wrócić. Po tygodniu, miesiącu. dwóch latach.

Bo z czasem nabierze wartości. Pewnie teraz zdjęcia z imprezy u mojego przyjaciela, gdzie tematem była starożytność nie mają wielkiego znaczenia. Spoko były trzy dni po imprezie, gdy jeszcze nie wszyscy wyleczyli kaca. Wspomnienie o nich teraz świadczy o "słabym życiu towarzyskim".

Jednak za te naście lat to bym chciał je mieć. Dzieciakowi pokazać album "Patrz, to tata, przebrany za senatora. A to wujek Staś robi dziwną minę i ma jakieś wiechcie na głowie, a to ciocia Gosia w przebraniu Kleopatry.". Muszę się śpieszyć - bo internetowy album z nimi zaraz zniknie.

I nie tylko z tego - chociażby z koncertu, który grałem na koniec gimnazjum. Z trzech nagranych filmików przetrwały dwa, a mało co okazałoby się, że stracono je na zawsze. Z iluś tam zdjęć, które robiło parę osób, przetrwało parę, które zachomikowały się u mnie.

"Rych, Ty to jeszcze pamiętasz?!" - pamiętam, ale chyba większość osób wokół mnie ma Alzheimera. Pamiętam wyjazdy, imprezy i fajne akcje. Część z nich pozostawiła po sobie obraz.

A gdy proszę ojca, by pokazał mi zdjęcia z czasów, gdy jeździł w rajdach zawodowo, to otwiera szufladę i wyjmuje, które chcę. Czasem sam je wyjmie i ogląda. Niektórzy z na nich obecnych już odeszli. Nawet teraz, gdy wraca z Monte Historique przywozi zdjęcia. Na papierze.

Poza tym trochę odpowiedzialności ludzie! Nie chcę nic mówić, ale te zdjęcia, które robimy dziś, za sto lat będą ważną pamiątką historyczną! Być może zdjęcie z klubu trafi na wystawę "Jak ludzie bawili się w pierwszych dwóch dekadach XXI wieku", a zdjęcie rzygającej koleżanki do pracy doktorskiej, traktującej o problemie alkoholowym wśród młodzieży w latach 2010-2020.

Muszę się śpieszyć. Podjąłem decyzję.

Kiedy Wy będziecie wysyłać sobie snapy przy piwie, ja będę ustawiał zegar powiększalnika. Kiedy będziecie hurtowo wrzucać foty do netu, ja będę ustawiał filtrację. Kiedy fota Waszego pocałunku na plaży zniknie po 10 sekundach, albo sami ją usuniecie, by zrobić miejsce w telefonie, ja będę suszył odbitki i słuchał mamy, że znowu zająłem pół suszarki i nie ma gdzie firanek powiesić.

Może moje "wspomnienia" będą czarno-białe. Jednak ja będę jakieś miał.

Pomyślcie o tym. Jeszcze nie jest za późno. Bo zapłaczecie. Już Wam się to zdarza.

"Lost memories are expensive"

Rych