poniedziałek, 26 października 2015

Drodzy państwo, zapraszam na ulicę!

Tak, znowu stukam w klawiaturę i mimo kolejnego zabiegu usunięcia gradówki żyję, mam się dobrze.
Tajemnicą Poliszynela zdaje się być fakt, że dni generalnie są coraz krótsze, a temperatura raczej zachęca do tego by zostać w domu i oddać się błogiemu leżeniu w łóżku, prokreacji, stagnacji, tudzież każdej innej czynności pozwalającej na przebywanie w ogrzewanym pomieszczeniu.
Tymczasem ja, korzystając z chwili odpoczynku od walki z Templariuszami na ulicach XIX-wiecznego Londynu (tak, gram w Assassin's Creed Syndicate) postanowiłem zachęcić Was do wyjścia na ulicę.


Niekoniecznie teraz, jak czytacie ten post, ale generalnie. Oczywiście do wyjścia z aparatem.

Street. Kto czyta to Barta i moje czytadło, zwane dalej ISO Wielce Różne, ten wie, że nic mnie tak nie bawi jak fotografia uliczna. Przyznam szczerze, że nie zawsze tak było, ale dobrze się stało, że się odmieniło.

Nie chodzi tylko o to, o czym pisałem parę miesięcy temu. O tym, że aparat w ręce staje się moją przepustką do rozmów z przypadkowo spotkanymi ludźmi. O tym, że przewieszona przez szyję kupa metalu i szkła pozwala mi na wysłanie porozumiewawczego spojrzenia innemu analogowemu oszołomowi na ulicy, niezależnie od szerokości geograficznej. Bo o tym już mówiłem.

Powiem o innej rzeczy. Street sprawił, że przestałem się przejmować. Serio. Przestałem się denerwować. Po prostu idę i robię. Zawsze z głową.

Street nie znosi planowania - jeśli sobie założycie w głowie jakiś kadr przed zaśnięciem z myślą cyknięcia go dnia następnego, to możecie być pewni, że Wam nie wyjdzie. Takie prawo foto-natury.

Street zachęca do spontaniczności - czegoś, czego mi brakuje w moim codziennym życiu. Zachęca do wnikliwej obserwacji otoczenia i poszukiwania coraz to ciekawszych kadrów.

Street można uprawiać przy okazji. Żeby było śmieszniej zazwyczaj przy okazji wychodzą najlepsze ujęcia. Czekasz na kumpla, który spóźnia się godzinę na spotkanie i by zabić czas robisz zdjęć. Bang! Strzeliłeś swoją fotkę tygodnia! Siedzisz z miłą dziewczyną na kawie i akurat wyszła do łazienki? O tak! Właśnie teraz obok ogródka kawiarni dzieje się coś wartego uwiecznienia.



Street zachęca do minimalizmu. Aparat, torba i kupa rolek (oj, te to schodzą na ulicy) - wszystko ponadto okazuje się w pewnej chwili zbędnym balastem. Serio - swoje najlepsze foty cyknąłem mając ze sobą minimalną ilość sprzętu. Najgorsze - obładowany jak wielbłąd.

Dlatego kto nie spróbował - zachęcam. Wyjdźcie, posmakujcie i pobawcie się, a potem idźcie na piwo. Nic tak nie koronuje ostatniej rolki w ciągu dnia, jak kufelek, albo i dwa.
 
Rych

wtorek, 29 września 2015

Wstęp do metra

A się porobiło. Znowu zamilkłem na dłużej niż wypada, a nawet nie będę mówił co mi na głowie przez ten czas siedziało. Dość powiedzieć, że dzieje się znowu, bo od kilku dni permanentnie okupuję kuchnię i wywołuję filmy "wypstrykane" podczas kolejnej wycieczki do Pragi.

Korzystając z chwili przerwy, gdy cały osprzęt ciemniowy schnie, opowiem o tym, jak to pod ziemię zszedłem.


A wszystko oczywiście przez Barta. Tak to jakoś się złożyło, że (co ogarnęliśmy później) spotkaliśmy się w Światowy Dzień Fotografii, by z okazji moich urodzin wypić piwko i porobić zdjęć. Tak to się stało, że Bart musiał przełożyć wszystko na późniejszą godzinę, a ja biedak siedziałem już w centrum i szybko musiałem pomyśleć co by tu porobić.

No i tak stwierdziłem, że zamiast siedzieć jak kretyn na gorącym słońcu, posiedzę sobie w chłodzie stacji metra. Jak się okazało, było to bardzo interesujące posunięcie.

No właśnie metro. Warszawa ma całe dwie nitki metra z czego druga to właściwie parę stacji. Życie wszystkich mieszkańców miast w ten czy inny sposób z metrem zostało związane. Jedni jeżdżą nim do szkoły czy pracy, inni pracują, a jeszcze inni wkurzają się na zamknięte ulice, kiedy owo jest budowane.


Dość powiedzieć, że w ten czy inny sposób, życie mieszkańców stolicy kręci się w okół niego. Logicznym wnioskiem wydaje się być, że dla fotografa ulicznego, metro to niemalże świątynia. Nie tylko pozwala po tym mieście podróżować, ale również pełne jest kadrów czekających na uwiecznienie.

Kiedy tak krążyłem i fociłem, a potem ujrzałem rezultaty byłem oniemiały. Nie liczyłem, że cokolwiek z tego wyjdzie, a okazało się, że jedne z ciekawszych ujęć z tego dnia pochodzi właśnie z mojego leniwego łażenia po stacji.

Tym bardziej (bo sam pomysł krążył mi po głowie od dawna) utwierdziłem się w przekonaniu, że warto metrem zainteresować się bardziej. Pojeździć nim o różnych porach. Bo chyba metro to jedyne miejsce w mieście, gdzie obok siebie usiądzie wyluzowany rastaman z dredami na pół metra i ubrany w garnitur pracownik banku.

Na pewno tam wrócę, a jeśli i Wam zdarza się podróżować metrem to może się spotkamy. Po różnych stronach obiektywu.

Rych




piątek, 21 sierpnia 2015

Fakt - o tym się (nie) mówi

Prowadząc blog fotograficzny czuję się mimo wszystko w obowiązku by zabrać głos. Zabrać głos w dyskusji, którą wywołały zdjęcia - bardzo drastyczne.

W dniu wczorajszym niejaki Samuel N. zabił siekierą 10-letnią dziewczynkę. Bez żadnego powodu. Swój czyn tłumaczył frustracją i gniewem spowodowanym niemożnośćią znalezienia pracy.

Ale to już pewnie wiecie.

Sprawa dostała nowego rozgłosu z dniem dzisiejszym, kiedy do w kioskach pojawił się nowy numer Faktu - znanego tabloidu, który w swym "dorobku" ma takie hity "Nie śpię, bo trzymam kredens", "Pobił matkę kiełbasą krakowską" i wiele innych "perełek", które internet obśmiał już na wszystkie sposoby.

Na pierwszej stronie widnieje zdjęcie dziewczynki. Dziewczynki, która została uderzona siekierą.

Internet aż huczy, komputery drżą, słychać gromy ciskane z radioodbiorników. Oskarżenia o kurestwo, łamanie etosu reportera, brak wrażliwości na stratę rodziców, kurestwo (jak to określił pewien aktor).

I rozumiem. I w dużej mierze się zgadzam. I stwierdzam, że te zdjęcia są tragiczne. Zarówno względem tego co przedstawiają, jak i od strony technicznej. Jednego im odmówić nie można - pokazują prawdę.

Bang! Witamy w prawdziwym świecie. Do wszystkich zainteresowanych - nie składa się on z kolejnych zdjęć vege żarcia na instagramie, recenzji książek, selfie lasek na snapchacie czy happy hours w ulubionym pubie! Są też na nim rzeczy straszne - śmierć, wypadki, zbrodnie i kurestwo - gdyż kurestwem jest zabić małą dziewczynkę, bo się było złym na własne życie.

I nie, to, że nie mieszkamy w Afganistanie, Syrii, nie pamiętamy Wojny Wietnamskiej nie czyni tego, że nas to nie dotyczy.

Niestety, jak ktoś umiera to nie wyglądą to pięknie. Wiem co mówię - sam co nieco widziałem, sam rozmawiałem z różnymi ludźmi - żołnierzami, policjantami, ratownikami, powstańcem. Niestety, jak ktoś umiera od ciosu siekierą w głowę to będzie krew i parę innych rzeczy, które jest sobie w stanie wyobrazić ktoś, kto w podstawie zna ludzką anatomię. Jak powstaniec stojący na barykadzie dostał w brzuch serię z MP-40 to nie upadł na nią, westchnął i z "Jeszcze Polska nie zginęła..." na ustach oddał się w objęcia aniołów, które zaniosły jego duszę do nieba. Nie, on osunął się na gruz, starał się wpakować swoje wnętrzności do brzucha i przez ładnych parę chwil wzywał matkę, ojca, pomocy, a potem, przepraszam za wyrażenie, puściły mu zwieracze. Czy odmawiam mu bohaterstwa i należnego szacunku za walkę i rany? Nie, po prostu mówię jak wygląda smutna rzeczywistość.

I nawet w ramach tej całej badziewności wspomnianej gazety nie mogę im odmówić jednej rzeczy - pokazali rzeczywistość. Nie dokleili fotki ufo, kiełbasy czy czego innego. Pokazali prawdę. Chyba pierwszy raz w całej swej historii.

Etos reportera? Czy nie powinno być nim pokazywanie prawdy? Mówienie "to jest rzeczywistość"? Moim zdaniem tak. Może trzeba ubrać to w odpowiednią formę, może delikatniej?

Czyli pokazać dziesiątki zniczy stojących pod księgarnią, zdjęcie sprawcy z wyblurowaną twarzą - tak, jak zawsze to się robi?

Nie wiem.

Pomijam pobudki redaktorów, pomijam chęć zysku i podniesienia sprzedaży. Ja mówię o zdjęciu.

I nie mówcie mi, że wojna to nie brutalne zabójstwo na dziesięciolatce. Macie rację - tam to codzienność. Dla młodszych i starszych.

Rozumiem oburzenie, jakie wywołały, rozumiem wszystko. Nie musicie mi tego tłumaczyć. Ja mówię o czymś innym.

Resztę zostawiam Wam do przemyślenia. Pamiętajcie jedno.

Śmierć nie wygląda ładnie.

Rych

wtorek, 28 lipca 2015

Rych z "okienka"



Powituję Was z ekranu komputera!

Tym razem wpis w formie wideo. Dajcie znać czy taka forma Wam odpowiada, bo może w przyszłości pojawi się ich więcej ;).

niedziela, 12 lipca 2015

Bractwo Bang Bang

Witajcie! Wiem, czas milczenia na tej stronie był dłuższy, niż ustawa przewiduje, ale razem z Bartem mieliśmy więcej zawirowań, niż w Ardenach pod koniec 1944-tego. Dziś na nazwijmy to rozgrzewkę nie będę pisał ani o sprzęcie, ani o technikach, bo przymierzam się do kupna jednego aparatu, a jeśli chodzi o techniki i zdjęcia, to mimo, że starałem się możliwie każdą wolną chwilę poświęcić na jakieś zdjęciowanie, to udało mi się na razie uzyskać to, że mam ze cztery czy pięć aparatów, w których siedzi niedokończona rolka filmu, a brak chemii i chęci tłuczenia się po nią do sklepu wcale mnie nie pośpieszał.

Koniec wstępu - czas do roboty. Kiedy piszę tego posta, to Bart zapewne dziarsko sobie podróżuje swoim automobilem w kierunku Warszawy, coraz bardziej oddalając się od Wrocławia. Prócz stukania w klawiaturę, podejrzliwie spoglądam za okno i zastanawiam się czy deszcz będzie za godzinę, za osiem, czy w ogóle za trzy dni. No ja pierdzięlę, jak ja takiego czegoś nienawidzę! Parę dni skwaru, że głównym problemem w wyborze knajpy jest to, czy posiada ona klimatyzację, a nie jakie piwo tam mają, a potem dni takie, że człowiek zastanawia się czy brać kajak, czy już trzeba wodować galeon i mustrować załogę, by nie skończyć w Luku Davy'ego Jones'a.

Ale nie o pogodzie miałem mówić, a o czym innym. Jednak jak już nastanie wieczór, taki, że wyjście z domu wiążę się koniecznością ubrania się jak na kuter rybacki, ewentualnie po prostu się nie chce w skwarze ruszać z leżaka, to warto sięgnąć po książkę.

Książkę nie byle jaką, bo książkę, którą można zaliczyć trochę do autobiografii, trochę do biografii, trochę do dobrze napisanej powieści, trochę do dokumentu. ""Bractwo Bang Bang - Migawki z ukrytej wojny" napisane przez dwóch jeszcze żyjących członków owego słynnego bractwa, czyli Grega Marinovicha i Joao Silvę to moim zdaniem pozycja obowiązkowa dla ludzi, którzy pasjonują się fotografią. Można niekoniecznie przepadać za fotografią reporterską i dokumentacją konfliktów, ale wydarzeniom, które doprowadziły do wyboru Nelsona Mandeli na prezydenta RPA i wykonanym w tamtym okresie zdjęciom, nie można odmówić wagi.

Ryan Phillipe, znany z takich klasyków jak "Koszmar minionego lata" oraz "Szkoła uwodzenia", jako Greg Marinovich

Zanim jednak przejdę do samej książki, to powiem coś, co pewne wielu z Was uzna za straszną herezję. Bowiem polecam zrobić tak - zanim sięgniecie za książkę, to obejrzyjcie film. Jeśli zrobicie odwrotnie to obejrzenie naprawdę fajnie zrobionego filmu będzie dla Was mało przyjemne bo będziecie się krzywić na pewne rzeczy, wynikające z ograniczenia pojemności filmu, a po przeczytaniu książki parę rzeczy stanie się dla Was jaśniejsze.

Malin Akerman w roli Robin Comley. W rzeczywistości Robin była blondynką i nie była w związku z Gregiem.

O bractwie mówić wiele nie będę. Już wcześniej napisałem co najważniejsze, a wypisywanie suchych notek biograficznych mija się z celem, a co ciekawszych rzeczy dowiecie z filmu i książki.

Samą książkę warto przeczytać nie tylko dlatego, że ukazuje sylwetki czwórki wybitnych fotografów. To bardzo przystępnie zaserwowany obraz ówczesnej (a miejscami i wcześniejszej) Republiki Południowej Afryki. To obraz społeczeństwo, w którym podziały rasowe nie były tylko na papierze, ale były one wpajane niemal od najmłodszych lat. To obraz kraju, który niczym jeszcze niewiele ponad 20 lat temu, był krzywozwierciadłowym odbiciem Niemiec lat trzydziestych.

To również wejście w świat fotografów wojennych (tak, tam była wojna na dobrą sprawę, ale nie tylko o Afryce mówi książka). Świat, gdzie zdjęcie płonących słów "NO PEACE", oglądane przez jakiegoś randoma przy porannej kawie jest tylko czubkiem góry lodowej. W świat gdzie aparat i legitymacja prasowa nie czynią kuloodpornym.

To też opowieść, która zadaje pytania i wymaga od Nas odpowiedzi. Jednak by na nie odpowiedzieć musimy postarać się zrozumieć i chociaż myślami wyjść poza fotel, lampkę wina i problem, że nie wiem jakiego operatora komórkowego wybrać.

Jednak jest to też opowieść o przyjaźni, o smutku po stracie przyjaciela. Opowieść o tym jak z dezertera i DJ-a zostać autorem jednego z najsłynniejszych zdjęć świata. Historia o komisie, gdzie wszyscy kupowali sprzęt, dziurze w migawce i godzinach spędzonych przy czymś co miało być komputerem, podłączonym do czegoś co było praprzodkiem internetu i pozwalało przesłać zdjęcie do redakcji.

Innymi słowy sięgnijcie. Na razie niebo w miarę czyste. Prognozy nie są złe. Im jednak przestałem wierzyć już dawno.

Rych

piątek, 17 kwietnia 2015

Magnum Contact Sheets

Powszechnie wiadomo, że najwięcej w fotografii nauczymy się przez praktykę. Nic nie zastąpi dzisiątek zdjęć, które wykonaliśmy, przeanalizowaliśmy pod kątem błędów i puściliśmy do oceny osobom postronnym, które wytknęły nam błędy przez nas niezauważone.

Czasem jednak pogoda, choroba, albo zwykłe ograniczenie czasowe nie pozwala uczyć się przez praktykę. W takich chwilach wolny czas warto poświęcić na nauczenie się teorii.

Nie, nie chodzi o czytanie setny raz o zależności między przesłoną, a głębią ostrości, czy kolejny raz przypominanie sobie zasady wyznaczanie mocnych punktów. Czasem warto zostawić czysto techniczne podręczniki i zdjąć z półki album.

Albumy - wielkim zwolennikiem inwestowanie w nie jest Eric Kim, który twierdzi, że nowy album więcej wniesie do warsztatu fotografa, niż kolejny aparat.

Z albumami są jednak pewne problemy. Są wielkie, ciężkie i niektóre cholernie drogie. To nie są książki do poczytania w autobusie. To książki do domu, do oglądania przy biurku.

Ale mniejsza o techniczną stronę. Dziś przedstawię swój ostatni zakup - Magnum Contact Sheets.


No cóż, to jest kawał książki, a i tak jest to wydana w 2014 roku kompaktowa wersja oryginału z 2011 roku. O ile nazwa Magnum była już przeze mnie wspominana (jest to niezależna agencja zrzeszająca fotografów) to co oznacza Contact sheets?

Ok, "contact sheets" to na nasze "stykówki". Stykówka to jest to rodzaj odbitki, powstający przez położenie negatywu na papier i naświetlenie go. Otrzymujemy wtedy serię pomniejszonych odbitek o wielkości klatki użytego negatywu. Dawniej wykorzystywano je do ogólnego przejrzenia zawartości danej kliszy i wybrania najlepszych ujęć, wstępnego zaplanowania kadrowania itp.

I to właśnie jest najbardziej w tej książce niezwykłe. Nie przedstawia tylko najlepszych ujęć - przedstawia też najbardziej surowy z możliwych obrazów ogólnej pracy danego fotografa. Możliwość spojrzenia na stykówki mistrzów fotografii przypomina trochę zaglądanie w rękawy iluzjoniscie i oglądanie jego sztuk od kuchni.

Ten fakt czyni z Magnum Contact Sheets materiał niemal obowiązkowy, dla wszystkich fotografów zajmujących się fotografią reporterską. 

Po pierwsze, rozbija w dużej mierze otaczającą legendy aurę "ponadzwykłośmiertelnikowości" - widzimy, że również uznani fotografowie robili też zdjęcia słabe, często tuż obok tych uznanych za genialne.

Czy to oznacza, że byli lub są mniej genialni, niż większość ich uznaje? Nie! Po prostu pokazuje, że ich dzieła były wynikiem ciężkiej pracy, a nie tylko dużej ilości szcześcia. Stykówki pokazują, że w trakcie pracy nad tematem mieli różne koncepcje, chcieli spróbować różnych kadrów i dopiero potem wybierali te najlepsze.


Nie oznacza to jednak bezmyślnego pstrykania. Pokazuje to, że świetne ujęcie jest wynikiem pracy nad sceną i następnie umiejętnej i obiektywnej oceny własnej pracy, celem wybrania najlepszych ujęć.

Po drugie, pokazuje, że naświetlenie negatywu i wywołanie go nie oznacza końca pracy nad kadrem. Wielokrotnie zauwazyć można zauważyć przekadrowywania ujęcia (przy pracy z powiększalnikiem tak czy owak zawsze trochę przytniemy kadr).

Po trzecie - no cóż, oglądanie i analizowanie fotografii Wielkich zawsze było i będzie dobrym sposobem na polepszenie własnego warsztatu. Erwitt, Burri, Bresson, Capa - chyba nie trzeba mówić więcej. Warto również wspomnieć o Josefie Koudelce i jego kadrach z wkroczenia wojsk radzieckich do Pragi, zdjęciach Beatlesów i kulisach powstania słynnego zdjęcia Aliego.

Czy polecę? Oczywiście! Nie tylko świetnie sprawdzi się w roli fotopomocy dydaktycznej, ale również uprzyjemni chłodniejszy i spokojniejszy wieczór. Niewątpliwie jest to pozycja solidna - ponad 500 stron na kredowym papierze, w twardej okładce z prostą obwolutą. Nie pożałujecie.

Rych

czwartek, 26 marca 2015

O pomiarze światła

Kwestia pomiaru światła jest rzeczą, która potrafi solidnie uniemożliwić spokojny sen fotografującego. No bo jak w końcu zrobić to poprawnie? Gdzie, jak i czym mierzyć, aby po wyjęciu kliszy z koreksu nie uzyskać negatywu niedoświetlonego, prześwietlonego, albo naświetlonego poprawnie, ale niekoniecznie tak, jak to sobie wymyśliliśmy? Nie jest to zbyt proste, ale jest prostsze niż się wydaje.

Coś pada, coś się odbija

Zanim przejdziemy do kwestii praktycznych, najpierw musimy pochylić się nad teoretycznymi aspektami pomiaru światła. Z fotograficznego punktu widzenia jesteśmy w stanie zmierzyć dwa rodzaje światła widzialnego - światło odbite (reflected) i światło padające (incident). Światło odbite mierzą wszystkie światłomierze wbudowane w aparaty fotograficzne (zarówno analogowe, jak i cyfrowe), zaś do pomiaru światła padającego potrzebny jest zewnętrzny światłomierz.

Teraz kwestia w sumie najistotniejsza - światłomierz mierzy światło w taki sposób, że uznaje, iż mierzone światło ma na zdjęciu być w tonie tzw. middle grey. Eeee... dobra, lepiej to zrozumieć na prostym przykładzie.

Wyobraźmy sobie trzy dziewczyny: jedna w bluzce czarnej, druga w szarej (dokładnie w middle grey), trzecia w śnieżnobiałej. Stawiamy je obok siebie i robimy im zdjęcie. Jeśli dokonami pomiaru światła odbitego z bluzki czarnej, to zdjęcie wyjdzie nam prześwietlone, a czarna bluzka będzie szara na zdjęciu, jeśli z białem, to zdjęcie będzie niedoświetlone - bluzka została uznana przez światłomierz, za to, co ma być middle grey. Koniec końców bluzka jest szara, a dziewczyny mają mocno ściemnione twarze.

Teraz już chyba brzmi to jaśniej. Innymi słowy obszar kadru, w którym mierzymy światło, powinien być obszarem, który chcemy, aby na zdjęciu wyszedł jako ten średnio szary. Jest możliwość kupienia specjalnych kart w tym kolorze i z nich ściąga się pomiar w danych warunkach oświetleniowych.

Bardzo dobrze w codziennej fotografii (ulica, bardziej ogólne sceny w pomieszczeniach) sprawdzać się będzie pomiar światła padającego. Teraz pytanie dlaczego?

Po prostu pozwala to miejscami na zachowanie bardziej naturalnych tonów w kadrze oraz pozwala wyeliminować kwestię średniej szarośći.

Światło pada na wszystko w danych warunkach w taki sam sposób, ale odbija się w różnym stopniu. Stąd widzimy czarny i biały, jak i tony pośrednie. Teraz, wracając do przykładu z paniami w bluzkach, przy założeniu, że wszystkie stoją w tym samym świetle, wystarczy zmierzyć światło padające i po sprawie. Czarne będzie - czarne, a białe - białe.

Urządzenia drogie, tanie i organiczne

Wiemy już jakie mamy rodzaje światła i jak sposób wykonywania pomiaru wpływa na zdjęcie. Pytanie jednak, co możemy wykorzystać do mierzenia.

Po pierwsze, wspomniane już światłomierze wbudowane w aparat. Aby dobrze z takiego korzystać, musimy wiedzieć z jakiego obszaru kadru czyta światło oraz pilnować by mierzyć z w miarę jednolitego obszaru i nie granicy światła i cienia oraz z powierzchni błyszczących - chromowane i wypolerowane zderzaki.

Jeśli chodzi o pomiar światła padającego to już jest trochę mniej wesoło - głownie dlatego, że urządzenia, oferujące wygodny i dobry pomiar są stosunkowo drogie (podstawowe to wydatek około 3 stów, lepsze sporo więcej). Te droższe są wyposażone w funkcję pomiaru światła błyskowego, co może bardzo ułatwić życie! Odradzam sięganie po starsze światłomierze selenowe (do dostania za równowartość paczki papierosów). Poprawności, w wykonywanych przez nie pomiarach, jest tyle, co w przeciętnym artykule w Cosmo typu "Jak zadowolić faceta" - No cholera, w ogóle!

Stary światłomierz selenowy - tani jak barszcz, ale praktycznie nie do użytku

Dobra wiadomość dla posiadaczy smartfonów. Są aplikacje, które pozwalają na wykonanie takiego pomiaru. Wykorzystują one :przedni: aparat jako sensor. Wadą jest fakt, że nie są to najdokładniejsze urządzenia, oraz, że obsługa ich przypomina trochę krojenie czerstwego chleba tępym mieczem dwuręcznym - niby da się, ale nie jest to najlepszy pomysł.

 O ile beeCam w moim przekonaniu jest prostszy i szybszy w użytkowaniu od LightMeter'a, to ta druga aplikacja pozwala na mierzenie światła odbitego (ciekawa opcja z zoomem pozwalająca na precyzyjniejsze określenie miejsca pomiaru).

Może również odwołać się do dawnych technik, których poznanie pozwoli nam osiągnąć dwunasty krąg wtajemniczenia dwudziestej loży masońskiej. Na poważnie, to po prostu jakoś kiedyś ludzie robili zdjęcia, a większość aparatów do lat 60 nie miała wbudowanego światłomierza. Jak? Ano tak (w najdokładniejszej możliwej formie) brzmi główne twierdzenie zasady słonecznej 16:

W słoneczny dzień, w okresie od wiosny do jesieni, w czasie między dwiema godzinami po wschodzie słońca i dwiema godzinami przed zachodem, ustaw przesłonę na f16, a czas na najbliższą wartość odwrotności czułości używanego filmu.

Przykład: Stoimy na placu zamkowym i robimy zdjęcie komuś, kto stoi twarzą do słońca (my plecami do słońca). Jest bezchmurne niebo, czerwiec, godzina 13. Mamy film ISO 400. Ustawiamy czas na 1/500 (najbliżej 1/400) oraz przesłonę na f16. 

A co z pozostałymi warunkami świetlnymi? Skonsultujmy się z poniższą tabelką:


Ważna rzecz - zasada ta opiera się o światło padające, a nie odbite. Wyjątkiem wydaje się być przykład ze śniegiem lub piaskiem (oba bardzo mocno odbijają światło i zastosowanie f16 może grozić prześwietleniem).

Jeśli mamy problem z określeniem co jest co, to warto spojrzeć na swój cień. Jeśli ostry i wyraźny - 16, rozmyte brzegi 11, już słabowity - 8, a gdy go nie ma to 5,6.

W przypadku wątpliwości warto zastosować bracketing lub chociaż prześwietlić o pół działki (film lepiej znosi prześwietlenie, niż niedoświetlenie). 

Pamiętajcie też, że powyższa zasada nie jest tylko ostatnią deską ratunku, w momencie, gdy padnie bateria. Pozwala ona na bardziej świadome patrzenie na scenę pod względem rodzaju światła oraz otwiera nowe możliwości sprzętowe (Leica M3 :)?). Warto się do niej odwołać nawet wtedy, gdy mamy pełnosprawnie działający światłomierz w aparacie, bo jest naprawdę łatwo oszukać, co kończy się skopaną klatką - wszak aparat, w przeciwieństwie do Nas, nie wiem jak ma wyglądać zdjęcie!

Oj, się rozpisałem. Trochę przeraża fakt, że to tak naprawdę wierzchołek góry lodowej. Warto jednak przyswoić sobie powyższe informacje. To naprawdę ułatwia życie.

Rych