poniedziałek, 9 listopada 2015

Rok z M4, czyli czego nauczyła mnie Leica

No i minął rok (po prawdzie minie dopiero 17-tego, ale już się nie rozdrabniajmy). Rok nie byle jaki, bo prawie równo rok temu, jak to ja, pojechałem kupić aparat. Niby nic u mnie nadzwyczajnego (spytajcie kogokolwiek, kto się o któryś prawie u mnie potknął). Chodziło jednak o nie byle jakie aparat. Miałem właśnie kupić moją pierwszą Leicę M! Wsiadłem w samochód i pojechałem we wcześniej nieodwiedzane rejony Warszawy, aby spotkać się ze sprzedawcą.

Jakby wczoraj wyjechała z fabryki
O bogowie! Ile czasu ja się biłem z myślami zanim dokonałem zakupu. Ile czasu spędziłem na przeszukiwaniu internetu, ile razy zmieniałem zdaniem (M2, czy M4, a może jednak Bessa R2), maili napisanych do sprzedawców w USA, Japonii i Holandii. Koniec końców kupiłem jednak piękną M4 z 1966 z Summicronem 50mm typu collapsible.

Typowy Patryk na ulicy. Strzelone przez Barta
Rok nie wyrok. Minął szybko. Był jednak niezwykle owocny. Nowy aparat, choć nie nie przerobiłem nim jakiejś zawrotnej liczby rolek, nauczył mnie wiele. Naprawdę wiele.

Światło, światłomierzenie, a może to olać i pojechać w Bieszczady?

No właśnie, lekcja numer jeden. Przyznam szczerze, że na początku byłem trochę zdenerwowany. Żadna z Leiec, z których wybierałem, nie miała wbudowanego światłomierza. Innymi słowy musiałem zainwestować, albo w światłomierz zewnętrzny, albo nauczyć się radzić bez niego.

Sporo czasu poświęciłem nauce teorii pomiaru. Różnic między pomiarem padającego i odbitego (i było to zanim w ogóle kupiłem aparat!) oraz rozbieraniu na czynniki pierwsze zasady Sunny 16 i przypomnieniu sobie z podstawówki jak się dzieliło przez dwa.

Tak prawdę mówiąc w 98% wystarczy ta tabelka. Ze specyfikacji Kodak Tri-X

Po paru miesiącach kupiłem sobie Sekonica L-308. Korzystam z niego na co dzień praktycznie tylko do kalibrowania sobie Sunny 16.

I wiecie co? To wszystko bardzo mi pomogło. Przestałem być niewolnikiem migających lampek i suwających się wskazówek. Dalej z nich korzystam, ale nauczyłem się czasem ufać bardziej sobie niż im.

Co więcej dowiedziałem się jednej rzeczy. Nie naświetlenie samo w sobie zdjęcie czyni. Innymi słowy, nawet jeśli zdarza mi się nie trafić w punkt z parametrami, to i tak dobry kadr to uratuje. Nie bez powodu dawni fotoreporterzy zwykli mawiać "f8 and be there".

35 mm - your best friend

Po jakimś czasie dokupiłem sobie do zestawu obiektyw, o którym myślałem od początku rozważań, czyli Voigtlandera Color Skopara 35/2.5. Obiektyw przez wielu chwalony i kupowany przez poczatkujących Leicowców ze względu na relatywnie niską cenę. O ile Summicron jest obiektywem świetnym, o tyle Voigtlander jest o wiele wygodniejszy w obsłudze (no jest nowszy o jakieś 50 parę lat). Od czasu zakupu używam prawie wyłącznie jego.

Wygląda ma ogromny, ale to tylko złudzenie. W rzeczywistości to chyba najmniejszy obiektyw w tym systemie.
Nie zawsze podchodzę dość blisko. Czasem zdarza mi się dostać też od kogoś opieprz. Mimo to, pokochałem tą ogniskową. Uważam ją teraz za o wiele bardziej uniwersalną i użyteczną w codziennej fotografii od 50-tki.

W tym roku do Pragi nie brałem żadnej nifty-fity. Tylko CS-a i Olympusa XA, jako zaposowy aparat. Zrobiłem więcej fajnych zdjęć, a sam proces twórczy był o wiele przyjemniejszy.

Be quick or be dead

No własnie to kolejna rzecz, której musiałem się nauczyć. Po pierwsze Voigtlander ze względu na swoją konstrukcję i większe DOF dawał mi możliwość ostrzenia strefowego. Ponadto umiejętność określania parametrów ekspozycji pozwalała mi ustawić parametry zanim przyłożyłem aparat do oka. To wszystko w pewnych warunkach pozwala mi być szybszym od aparatu z auto i autofocusem.

Muszę przestać tak krzywić twarz. Bart all rights reserved
Nie targaj pan tyle!

Kolejna nauka - oduczylem się nosić trzy tony sprzętu. Aparat, torba, obiektyw, filmy plus ewentualnie nie światłomierz. Nie jak kiedyś 2 body, trzy słoiki i płacz, że mi się do torby czwarty nie zmieścił i strach, że nie wziąłem statywu. Serio, im mniej przy sobie targam, tym mniej się przejmuje, że nie wykorzystuję sprzetu, a więcej tworzę, więcej myślę. Wyszło to na dobre moim plecom, moim zdjęciu i mojemu samopoczuciu. Zaprawdę powiadam Wam - less is more.

Święty spokój oraz "tak, jestem uzależniony"

Leica okazała się być również wspaniałym lekiem na GAS (nie, nie chodzi o jakieś przewlekłe problemy jelitowe), czyli Gear Acquisition Syndrome. Straszna choroba. Bardzo ciężko się z niej wyleczyć. Objawia się ciągłą potrzebą dokupowania sprzętu. A to obiektyw, a to jakaś pierdółka, a to Smienka, a to nowe body na m42. Godziny spędzone na dEvilBay, Alledrogo, forach internetowych i innych takich. Ciągłe zastanawianie czy Nikon F2 czy Canon F1, a może Canonet.

Leica mnie wyleczyła z tego szybko i ostudziła moje kolekcjonerskie zapędy. Na dobrą sprawę zyskałem aparat wszechstronny i najlepszy w swojej klasie i do fotografii jaką uprawiam. Nie było sensu już się rozdrabniać.
Nie mogłem się powstrzymać przed kupnem tej Yashici, ale Leica i tak bliżej serca. By Bart
Dalej zdarza mi się coś kupić. Czasem nie mogę przejść obojętnie koło okazji. Jestem jednak znacznie bardziej wybiórczy i trzy razy zastanowię się, czy naprawdę tego chcę i czy potrzebuję.

Leica dała mi spokój. Przestałem się martwić optyką, stanem technicznym, czy też tym, że coś mi wysiądzie i nie będzie się dało tego naprawić (odpukać!). Dała też jednak nowe wymagania. Nie mam już wymówek. Nigdy mieć ich nie można, ale z tym aparatem to już w ogóle.

Słowo na koniec

Tego wszystkiego mógł mnie nauczyć każdy inny aparat. Nikon F2, Canonet QL17, Praktica L, czy mój stary dobry Pentax SP1000. Zrobiła to jednak Leica M4.


Zapytacie mnie zatem czy nie żałuję zakupu. Odpowiem Wam: tak. Żałuję, że nie dokonałem go wcześniej.

Rych

wtorek, 3 listopada 2015

Magia "Czerwonej Kropki"

Są takie firmy, które od dekad wyznaczają standardy. Takie, których nazwy, produkty przyśpieszają bicie serca, budzą zazdrość, podziw i napędzają ambicje. Tak też Rolls Royce zawsze będzie synonimem najbardziej eleganckiego samochodu, Ferrari od razu przywodzi na myśl czerwony kolor i prawdziwie sportowy charakter, Rolex pozostanie wyznacznikiem najwyższego standardu odmierzania upływającego czasu, Gibson i Fender gitarowej legendy. Wymieniać mógłbym długo, ale nie tworzę tutaj poradnika high-endowego zakupoholika. Piszę by powiedzieć coś o jednej firmie z jednej dziedziny. Powiem Wam coś o firmie Leica.

Leica, dawniej zwane Ernst Leitz Wetzlar. Tego, czego nie można im odmówić to dokonania rewolucji. Oskar Barnack stworzył bowiem fotografię małoobrazkową, pakując kliszę filmową do pudełka, nazwanego Leica I, które teraz przypomina raczej steampunkowy gadżet niż pełnoprawny aparat.
Leica I

Pomysł jednak chwycił i w niedługim czasie również inne firmy zaczęły produkować aparaty do tego formatu. Leitz wyznaczał jednak (i po dziś dzień to robi) standard najwyższej jakości optyki i precyzji wykonania.

Rok 1954 przyniósł przełom w historii firmy. Na rynek trafiła Leica M3, rozpoczynając tym samym kolejny etap rozwoju - system M.

Leica M3. Zdjęcie ze strony kenrockwell.com


Nie mam zamiaru tutaj przedstawiać po kolei wszystkich zmian jakie wprowadzano w systemie, przedstawiać chronologii i zasypywać Was informacjami niczym nauczyciel matematyki pracą domową. Powiem o czymś innym. Powiem co czyni Leicę wyjątkową.

Perfekcyjne narzędzie prace

OK, weźmy na stół pierwszą lepszą M-kę. Co dostajemy? Sporo metalu (mosiądz i stal), szkła, wulkanit i tworzywa sztucznego tyle co kot napłakał. Migawka płócienna o przebiegu poziomym, czasy 1s-1/1000, synchro z błyskiem przy 1/50, trzy do sześciu ramek w wizjerze (Leica jest aparatem dalmierzowym), czasem samowyzwalacz, połowa modeli bez wbudowanego światłomierza.
Nie brzmi to jakoś strasznie bogato. Szczerze mówiąc dane techniczne tego aparatu stawiają go niemal na równi z Pentaxem Spotmaticiem. Jest jednak coś innego co sprawia, że ten aparat jest czym jest. Wykonanie.

Serio, wyobraźcie sobie aparat, w którym przycisk spustu porusza się w górę i w dół. Nie na boki, dookoła świata i wyżej niż powinien, gdzie odstępy między klatkami na kliszy są równe jak Bóg przykazał, dźwignia przesuwu filmu porusza się w poziomie i nie klekocze, a zamontowany obiektyw siedzi sztywno jak głaz polodowcowy na polskiej ziemi. Aparat cichy jak zawodowy asasyn. Nie usłyszysz strzału na ulicy. To nie są aparaty składane w chinach, przez robotników przyuczonych do fachu w 10 minut. To narzędzia zrobione przez specjalistów. W Niemczech.

No i ten wizjer, jasny niezależnie od użytego obiektywu. I te ramki pozwalające widzieć poza nimi. Po prostu miodzio.

Paszport

Kupno Leici nie czyni fotografem. Czyni posiadaczem Leici. Czyni jednak też członkiem czegoś co szumnie można nazwać rodziną, klubem, masońskim stowarzyszeniem Wyznawców Ostrej Pełnej Dziury. Serio. Coś w tym jest.

Kiedy rok temu szukałem dla siebie nowej torby foto, przeglądałem od niechcenia allegro, trafiłem na bardzo fajny, używanym egzemplarz Hadley'a Pro. Widząc, że sprzedawca jest z Warszawy, napisałem celem ustalenia, czy przed zakupem mógłbym torbę obejrzeć. Okazało się, że właściciel jest Australijczykiem. Rozmówiłem się z nim telefonicznie w najważniejszych kwestiach. Na koniec, wiedząc, że sporo użytkowników Leici posiada te torby spytałem, czy on również. Okazało się, że tak. Uwierzcie mi, od razu znaleźliśmy wspólny język, a rozmowa nabrała innego charakteru. I taką prawidłowość widzę codziennie.

You will never be left alone

Historia  z moich przygód z wielką firmą Apple - ze dwa czy trzy lata temu zawitałem do iSpot'a w Warszawie. Będąc przy okazji w okolicy postanowiłem spytać się o jedną rzecz. Mianowice czy mój iPod Touch (pierwszej generacji), który miał problemy z baterią i generalnie ze sobą mógłby zostać przez nich naprawiony - oczywiście odpłatnie. Koleś spojrzał na mnie i powiedział, że zakończyli wsparcie dla tego modelu i zasugerował bym użył go jako podstawki pod piwo i kupił nowego iPhone'a.

Pewnie, że rynek elektroniki rządzi się swoimi prawami i może przykład trochę z tak zwanej dupy, ale prawda jest taka, że mało która firma wspiera modele wyprodukowane jeszcze przed wojną.

Serio - Leica wiedzie tutaj prym. Kiedy kupowałem swoją M4 zadzwoniłem na Mysią z pytaniem czy w razie poważnych problemów (odpukać) mam się zgłosić do nich. Powiedzieli, że tak, bo oni wysyłają aparaty do Solms, a przypominam, że od dnia jej "narodzin" minęło prawie 50 lat!

Nieważne czy kupiliście nową MP czy znaleźliście w szafie pradziadka przedwojenna Leicę I. Firma Wam ją naprawi. Nie zasłoni się brakiem części, brakiem wsparcia dla modelu, czy też zaproponuje kupno nowego kompakta. Oni coś zrobili, sprzedali, a więc Wasz problem, jest ich problemem. I Wam go rozwiążą. Choć przyjdzie za to zapłacić.

Tutaj też pada odpowiedź czemu w sumie w kolejnych M-kach zmiany były w sumie kosmetyczne. Ano dlatego, że po pierwsze nie ma sensu zmieniać czegoś co jest dobre i się sprawdza, a ponadto pozwala to użyć nowych części w starym aparacie.

Optyka

Leica to nie tylko aparaty, ale przede wszystkim optyka. I tak Summicron jest wyznacznikiem ostrości zawsze i wszędzie, Summilux wzorem perfekcyjnego bokehu, a Noctilux jest jaśniejszy niż ustawa przewiduje. Koniec. Pozamiatane.

Zawodowiec bubla nie używa

Spójrzcie na nazwiska. Bresson, Eddie Adams, Capa, Winogrand, Meyerowitz. Oni używali tych aparatów. Ze znanym skutkiem, a było to przed czasami marketingu, dawania ludziom sprzętu w zamian za reklamę itd itp.

Coś z biżuterii

Niechętnie, ale przyznaję. Leica ma w sobie też coś, co jest wspólne dla wszystkich firm luksusowych. Wizytówka statusu posiadacza. Choć nie zawsze. Ten, kto myśli, że te aparaty kupują tylko obrzydliwi bogacze jest w błędzie. Często kupują w gruncie rzeczy zwykli ludzie, którzy po prostu oszczędzali, by kupić wymarzony aparat.

Czyż nie wygląda pięknie?

Mógłbym mówić dalej. Wymieniać kolejne przykłady, a wpis zamieniłby się w książkę. Jest jednak coś co koronuje to wszystko co powiedziałem. Doświadczenie.

Serio, parę lat temu zapytałem jednego fotografa o co chodzi z Leicą. Czy to tylko marka, czy rzeczywiście tak dobry sprzęt. Odparł "Patryk, nigdy w życiu nie miałem doskonalszego aparatu", a miał ich generalnie ponad 400.

Więc by rzeczywiście zrozumieć o co w tym chodzi, trzeba to przeżyć. Trzeba przesunąć dźwignie, zwolnić spust migawki.

I tego Wam z całego serca życzę.

Rych

poniedziałek, 26 października 2015

Drodzy państwo, zapraszam na ulicę!

Tak, znowu stukam w klawiaturę i mimo kolejnego zabiegu usunięcia gradówki żyję, mam się dobrze.
Tajemnicą Poliszynela zdaje się być fakt, że dni generalnie są coraz krótsze, a temperatura raczej zachęca do tego by zostać w domu i oddać się błogiemu leżeniu w łóżku, prokreacji, stagnacji, tudzież każdej innej czynności pozwalającej na przebywanie w ogrzewanym pomieszczeniu.
Tymczasem ja, korzystając z chwili odpoczynku od walki z Templariuszami na ulicach XIX-wiecznego Londynu (tak, gram w Assassin's Creed Syndicate) postanowiłem zachęcić Was do wyjścia na ulicę.


Niekoniecznie teraz, jak czytacie ten post, ale generalnie. Oczywiście do wyjścia z aparatem.

Street. Kto czyta to Barta i moje czytadło, zwane dalej ISO Wielce Różne, ten wie, że nic mnie tak nie bawi jak fotografia uliczna. Przyznam szczerze, że nie zawsze tak było, ale dobrze się stało, że się odmieniło.

Nie chodzi tylko o to, o czym pisałem parę miesięcy temu. O tym, że aparat w ręce staje się moją przepustką do rozmów z przypadkowo spotkanymi ludźmi. O tym, że przewieszona przez szyję kupa metalu i szkła pozwala mi na wysłanie porozumiewawczego spojrzenia innemu analogowemu oszołomowi na ulicy, niezależnie od szerokości geograficznej. Bo o tym już mówiłem.

Powiem o innej rzeczy. Street sprawił, że przestałem się przejmować. Serio. Przestałem się denerwować. Po prostu idę i robię. Zawsze z głową.

Street nie znosi planowania - jeśli sobie założycie w głowie jakiś kadr przed zaśnięciem z myślą cyknięcia go dnia następnego, to możecie być pewni, że Wam nie wyjdzie. Takie prawo foto-natury.

Street zachęca do spontaniczności - czegoś, czego mi brakuje w moim codziennym życiu. Zachęca do wnikliwej obserwacji otoczenia i poszukiwania coraz to ciekawszych kadrów.

Street można uprawiać przy okazji. Żeby było śmieszniej zazwyczaj przy okazji wychodzą najlepsze ujęcia. Czekasz na kumpla, który spóźnia się godzinę na spotkanie i by zabić czas robisz zdjęć. Bang! Strzeliłeś swoją fotkę tygodnia! Siedzisz z miłą dziewczyną na kawie i akurat wyszła do łazienki? O tak! Właśnie teraz obok ogródka kawiarni dzieje się coś wartego uwiecznienia.



Street zachęca do minimalizmu. Aparat, torba i kupa rolek (oj, te to schodzą na ulicy) - wszystko ponadto okazuje się w pewnej chwili zbędnym balastem. Serio - swoje najlepsze foty cyknąłem mając ze sobą minimalną ilość sprzętu. Najgorsze - obładowany jak wielbłąd.

Dlatego kto nie spróbował - zachęcam. Wyjdźcie, posmakujcie i pobawcie się, a potem idźcie na piwo. Nic tak nie koronuje ostatniej rolki w ciągu dnia, jak kufelek, albo i dwa.
 
Rych

wtorek, 29 września 2015

Wstęp do metra

A się porobiło. Znowu zamilkłem na dłużej niż wypada, a nawet nie będę mówił co mi na głowie przez ten czas siedziało. Dość powiedzieć, że dzieje się znowu, bo od kilku dni permanentnie okupuję kuchnię i wywołuję filmy "wypstrykane" podczas kolejnej wycieczki do Pragi.

Korzystając z chwili przerwy, gdy cały osprzęt ciemniowy schnie, opowiem o tym, jak to pod ziemię zszedłem.


A wszystko oczywiście przez Barta. Tak to jakoś się złożyło, że (co ogarnęliśmy później) spotkaliśmy się w Światowy Dzień Fotografii, by z okazji moich urodzin wypić piwko i porobić zdjęć. Tak to się stało, że Bart musiał przełożyć wszystko na późniejszą godzinę, a ja biedak siedziałem już w centrum i szybko musiałem pomyśleć co by tu porobić.

No i tak stwierdziłem, że zamiast siedzieć jak kretyn na gorącym słońcu, posiedzę sobie w chłodzie stacji metra. Jak się okazało, było to bardzo interesujące posunięcie.

No właśnie metro. Warszawa ma całe dwie nitki metra z czego druga to właściwie parę stacji. Życie wszystkich mieszkańców miast w ten czy inny sposób z metrem zostało związane. Jedni jeżdżą nim do szkoły czy pracy, inni pracują, a jeszcze inni wkurzają się na zamknięte ulice, kiedy owo jest budowane.


Dość powiedzieć, że w ten czy inny sposób, życie mieszkańców stolicy kręci się w okół niego. Logicznym wnioskiem wydaje się być, że dla fotografa ulicznego, metro to niemalże świątynia. Nie tylko pozwala po tym mieście podróżować, ale również pełne jest kadrów czekających na uwiecznienie.

Kiedy tak krążyłem i fociłem, a potem ujrzałem rezultaty byłem oniemiały. Nie liczyłem, że cokolwiek z tego wyjdzie, a okazało się, że jedne z ciekawszych ujęć z tego dnia pochodzi właśnie z mojego leniwego łażenia po stacji.

Tym bardziej (bo sam pomysł krążył mi po głowie od dawna) utwierdziłem się w przekonaniu, że warto metrem zainteresować się bardziej. Pojeździć nim o różnych porach. Bo chyba metro to jedyne miejsce w mieście, gdzie obok siebie usiądzie wyluzowany rastaman z dredami na pół metra i ubrany w garnitur pracownik banku.

Na pewno tam wrócę, a jeśli i Wam zdarza się podróżować metrem to może się spotkamy. Po różnych stronach obiektywu.

Rych




piątek, 21 sierpnia 2015

Fakt - o tym się (nie) mówi

Prowadząc blog fotograficzny czuję się mimo wszystko w obowiązku by zabrać głos. Zabrać głos w dyskusji, którą wywołały zdjęcia - bardzo drastyczne.

W dniu wczorajszym niejaki Samuel N. zabił siekierą 10-letnią dziewczynkę. Bez żadnego powodu. Swój czyn tłumaczył frustracją i gniewem spowodowanym niemożnośćią znalezienia pracy.

Ale to już pewnie wiecie.

Sprawa dostała nowego rozgłosu z dniem dzisiejszym, kiedy do w kioskach pojawił się nowy numer Faktu - znanego tabloidu, który w swym "dorobku" ma takie hity "Nie śpię, bo trzymam kredens", "Pobił matkę kiełbasą krakowską" i wiele innych "perełek", które internet obśmiał już na wszystkie sposoby.

Na pierwszej stronie widnieje zdjęcie dziewczynki. Dziewczynki, która została uderzona siekierą.

Internet aż huczy, komputery drżą, słychać gromy ciskane z radioodbiorników. Oskarżenia o kurestwo, łamanie etosu reportera, brak wrażliwości na stratę rodziców, kurestwo (jak to określił pewien aktor).

I rozumiem. I w dużej mierze się zgadzam. I stwierdzam, że te zdjęcia są tragiczne. Zarówno względem tego co przedstawiają, jak i od strony technicznej. Jednego im odmówić nie można - pokazują prawdę.

Bang! Witamy w prawdziwym świecie. Do wszystkich zainteresowanych - nie składa się on z kolejnych zdjęć vege żarcia na instagramie, recenzji książek, selfie lasek na snapchacie czy happy hours w ulubionym pubie! Są też na nim rzeczy straszne - śmierć, wypadki, zbrodnie i kurestwo - gdyż kurestwem jest zabić małą dziewczynkę, bo się było złym na własne życie.

I nie, to, że nie mieszkamy w Afganistanie, Syrii, nie pamiętamy Wojny Wietnamskiej nie czyni tego, że nas to nie dotyczy.

Niestety, jak ktoś umiera to nie wyglądą to pięknie. Wiem co mówię - sam co nieco widziałem, sam rozmawiałem z różnymi ludźmi - żołnierzami, policjantami, ratownikami, powstańcem. Niestety, jak ktoś umiera od ciosu siekierą w głowę to będzie krew i parę innych rzeczy, które jest sobie w stanie wyobrazić ktoś, kto w podstawie zna ludzką anatomię. Jak powstaniec stojący na barykadzie dostał w brzuch serię z MP-40 to nie upadł na nią, westchnął i z "Jeszcze Polska nie zginęła..." na ustach oddał się w objęcia aniołów, które zaniosły jego duszę do nieba. Nie, on osunął się na gruz, starał się wpakować swoje wnętrzności do brzucha i przez ładnych parę chwil wzywał matkę, ojca, pomocy, a potem, przepraszam za wyrażenie, puściły mu zwieracze. Czy odmawiam mu bohaterstwa i należnego szacunku za walkę i rany? Nie, po prostu mówię jak wygląda smutna rzeczywistość.

I nawet w ramach tej całej badziewności wspomnianej gazety nie mogę im odmówić jednej rzeczy - pokazali rzeczywistość. Nie dokleili fotki ufo, kiełbasy czy czego innego. Pokazali prawdę. Chyba pierwszy raz w całej swej historii.

Etos reportera? Czy nie powinno być nim pokazywanie prawdy? Mówienie "to jest rzeczywistość"? Moim zdaniem tak. Może trzeba ubrać to w odpowiednią formę, może delikatniej?

Czyli pokazać dziesiątki zniczy stojących pod księgarnią, zdjęcie sprawcy z wyblurowaną twarzą - tak, jak zawsze to się robi?

Nie wiem.

Pomijam pobudki redaktorów, pomijam chęć zysku i podniesienia sprzedaży. Ja mówię o zdjęciu.

I nie mówcie mi, że wojna to nie brutalne zabójstwo na dziesięciolatce. Macie rację - tam to codzienność. Dla młodszych i starszych.

Rozumiem oburzenie, jakie wywołały, rozumiem wszystko. Nie musicie mi tego tłumaczyć. Ja mówię o czymś innym.

Resztę zostawiam Wam do przemyślenia. Pamiętajcie jedno.

Śmierć nie wygląda ładnie.

Rych

wtorek, 28 lipca 2015

Rych z "okienka"



Powituję Was z ekranu komputera!

Tym razem wpis w formie wideo. Dajcie znać czy taka forma Wam odpowiada, bo może w przyszłości pojawi się ich więcej ;).

niedziela, 12 lipca 2015

Bractwo Bang Bang

Witajcie! Wiem, czas milczenia na tej stronie był dłuższy, niż ustawa przewiduje, ale razem z Bartem mieliśmy więcej zawirowań, niż w Ardenach pod koniec 1944-tego. Dziś na nazwijmy to rozgrzewkę nie będę pisał ani o sprzęcie, ani o technikach, bo przymierzam się do kupna jednego aparatu, a jeśli chodzi o techniki i zdjęcia, to mimo, że starałem się możliwie każdą wolną chwilę poświęcić na jakieś zdjęciowanie, to udało mi się na razie uzyskać to, że mam ze cztery czy pięć aparatów, w których siedzi niedokończona rolka filmu, a brak chemii i chęci tłuczenia się po nią do sklepu wcale mnie nie pośpieszał.

Koniec wstępu - czas do roboty. Kiedy piszę tego posta, to Bart zapewne dziarsko sobie podróżuje swoim automobilem w kierunku Warszawy, coraz bardziej oddalając się od Wrocławia. Prócz stukania w klawiaturę, podejrzliwie spoglądam za okno i zastanawiam się czy deszcz będzie za godzinę, za osiem, czy w ogóle za trzy dni. No ja pierdzięlę, jak ja takiego czegoś nienawidzę! Parę dni skwaru, że głównym problemem w wyborze knajpy jest to, czy posiada ona klimatyzację, a nie jakie piwo tam mają, a potem dni takie, że człowiek zastanawia się czy brać kajak, czy już trzeba wodować galeon i mustrować załogę, by nie skończyć w Luku Davy'ego Jones'a.

Ale nie o pogodzie miałem mówić, a o czym innym. Jednak jak już nastanie wieczór, taki, że wyjście z domu wiążę się koniecznością ubrania się jak na kuter rybacki, ewentualnie po prostu się nie chce w skwarze ruszać z leżaka, to warto sięgnąć po książkę.

Książkę nie byle jaką, bo książkę, którą można zaliczyć trochę do autobiografii, trochę do biografii, trochę do dobrze napisanej powieści, trochę do dokumentu. ""Bractwo Bang Bang - Migawki z ukrytej wojny" napisane przez dwóch jeszcze żyjących członków owego słynnego bractwa, czyli Grega Marinovicha i Joao Silvę to moim zdaniem pozycja obowiązkowa dla ludzi, którzy pasjonują się fotografią. Można niekoniecznie przepadać za fotografią reporterską i dokumentacją konfliktów, ale wydarzeniom, które doprowadziły do wyboru Nelsona Mandeli na prezydenta RPA i wykonanym w tamtym okresie zdjęciom, nie można odmówić wagi.

Ryan Phillipe, znany z takich klasyków jak "Koszmar minionego lata" oraz "Szkoła uwodzenia", jako Greg Marinovich

Zanim jednak przejdę do samej książki, to powiem coś, co pewne wielu z Was uzna za straszną herezję. Bowiem polecam zrobić tak - zanim sięgniecie za książkę, to obejrzyjcie film. Jeśli zrobicie odwrotnie to obejrzenie naprawdę fajnie zrobionego filmu będzie dla Was mało przyjemne bo będziecie się krzywić na pewne rzeczy, wynikające z ograniczenia pojemności filmu, a po przeczytaniu książki parę rzeczy stanie się dla Was jaśniejsze.

Malin Akerman w roli Robin Comley. W rzeczywistości Robin była blondynką i nie była w związku z Gregiem.

O bractwie mówić wiele nie będę. Już wcześniej napisałem co najważniejsze, a wypisywanie suchych notek biograficznych mija się z celem, a co ciekawszych rzeczy dowiecie z filmu i książki.

Samą książkę warto przeczytać nie tylko dlatego, że ukazuje sylwetki czwórki wybitnych fotografów. To bardzo przystępnie zaserwowany obraz ówczesnej (a miejscami i wcześniejszej) Republiki Południowej Afryki. To obraz społeczeństwo, w którym podziały rasowe nie były tylko na papierze, ale były one wpajane niemal od najmłodszych lat. To obraz kraju, który niczym jeszcze niewiele ponad 20 lat temu, był krzywozwierciadłowym odbiciem Niemiec lat trzydziestych.

To również wejście w świat fotografów wojennych (tak, tam była wojna na dobrą sprawę, ale nie tylko o Afryce mówi książka). Świat, gdzie zdjęcie płonących słów "NO PEACE", oglądane przez jakiegoś randoma przy porannej kawie jest tylko czubkiem góry lodowej. W świat gdzie aparat i legitymacja prasowa nie czynią kuloodpornym.

To też opowieść, która zadaje pytania i wymaga od Nas odpowiedzi. Jednak by na nie odpowiedzieć musimy postarać się zrozumieć i chociaż myślami wyjść poza fotel, lampkę wina i problem, że nie wiem jakiego operatora komórkowego wybrać.

Jednak jest to też opowieść o przyjaźni, o smutku po stracie przyjaciela. Opowieść o tym jak z dezertera i DJ-a zostać autorem jednego z najsłynniejszych zdjęć świata. Historia o komisie, gdzie wszyscy kupowali sprzęt, dziurze w migawce i godzinach spędzonych przy czymś co miało być komputerem, podłączonym do czegoś co było praprzodkiem internetu i pozwalało przesłać zdjęcie do redakcji.

Innymi słowy sięgnijcie. Na razie niebo w miarę czyste. Prognozy nie są złe. Im jednak przestałem wierzyć już dawno.

Rych